To był ponury październik, przeżyliśmy, jak mogliśmy...
Tak, stop. Nie od tego zaczęłam.
W zimny i mroczny październikowy wieczór 2012 roku, wraz z Ryboginyuszką błądziłyśmy po zakamarkach wszechświata do sklepu z kostiumami karnawałowymi – po kapelusz na Halloween. Wiał typowy dla późnej jesieni mrożący krew w żyłach wiatr, buty tonęły w błocie, mózgi wrzały po intensywnym dniu pracy, żyć się chciało, ale bardzo warunkowo – w skrócie, naturalnie nic nie zapowiadało kłopotów.
-
A ja dzisiaj czytałam o Work and Travel, ciekawa sprawa, słyszałaś o tym? – nagle wypaliła Ryboginyuszka.
-
Oczywiście, że słyszałam, ale to przecież tylko dla studiów dziennych, co my tam mamy do szukania – zareagowałam pesymistycznie.
-
Nie, no właściwie specjalnie sprawdziłam, wieczorowi studenci chyba też mogą... A ty co, chciałabyś pojechać, jeśli się uda? Przecież mówiłaś, że chcesz zostać w redakcji na dłużej? – ostrożnie zapytała Ryboginyuszka.
-
Jeszcze pytasz! Do diabła z pracą, to przecież trzy miesiące w Ameryce! – wrzasnęłam.
-
No to zobaczmy, jak to wygląda z pieniędzmi i terminami...
30 listopada podpisałam umowę w nowej pracy (z redakcji musiałam odejść z motywacją, że przyzwyczaiłam się, iż za pracę płacą mi pieniędzmi, a nie obietnicami).
30 listopada podpisałyśmy umowę z agencją, co faktycznie oznaczało, że już za pół roku będę musiała zwolnić się również z nowej pracy.
Patrząc wstecz, rozumiem, że cuda związane z Work and Travel zaczęły dziać się już wtedy.
Prawdziwym cudem było na przykład to, że 14 grudnia był terminem płatności pierwszej raty, a ja w portfelu miałam wtedy nie więcej niż 300 rubli (a nadchodząca wycieczka do Paryża na Nowy Rok w ogóle wpędzała mnie w długi). I nagle 13 grudnia na moją kartę bankową wpłynęło rozliczenie za półtora miesiąca pracy w redakcji, o które dzielnie walczyłam przez pięć tygodni.
Zapłaciłyśmy, wybrałyśmy pracodawcę (park rozrywki w stanie Maryland), wysłałyśmy CV i zaczęłyśmy (jeszcze wtedy spokojnie) czekać.
24 stycznia około godziny 18:00 zadzwonił mój telefon, a podekscytowany głos naszego koordynatora wrzasnął: "Macie za dwie godziny rozmowę przez Skype z pracodawcą, pilnie sprawdźcie pocztę! I powiedzcie Marii!"
- GRZESZNI MAGISTROWIE, GDZIE JA W DWIE GODZINY ZNAJDĘ SKYPE'A – wrzasnęłam na całe biuro, strasząc szefa ochrony za ścianą.
Oczywiście, że znalazłyśmy. Internet-kawiarnia na Twerskiej uprzejmie przygarnęła nas w korytarzu centrum handlowego za rozsądną cenę, i z drżeniem zaczęłyśmy dzwonić do przedstawiciela firmy sponsorskiej.
Ale tu czekał na nas pierwszy "Ups" – on kompletnie nie miał dla nas czasu, i po odrzuceniu kilku połączeń napisał nam, że oddzwoni sam, jak tylko będzie wolny.
I tu wkradł się drugi "Ups", skończył nam się opłacony czas, a rozejrzawszy się dookoła odkryłyśmy, że, ŚWIĘTE ZĘBATKI, MY JESTEŚMY ZAMKNIĘTE W PUSTYM CENTRUM HANDLOWYM!
Pomimo całkowitego fiaska, nie wszystko było jeszcze stracone, rozmowę (nie bez przygód, ale jednak) przeszłyśmy kilka dni później, już z własnych domów, zaopatrzywszy się w kamerki internetowe, otrzymałyśmy wstępną zgodę na zatrudnienie i z zapartym tchem czekałyśmy na oferty (offers).
14 lutego otrzymałyśmy oferty i nabrałyśmy pełnego przekonania, że już niedługo będziemy w ambasadzie.
Naiwne!
Ambasadę wyznaczono dopiero na 18 kwietnia.
Czekać. Czekać. CZEKAĆ! Co może być bardziej męczące dla dwóch niespokojnych osób, które przyzwyczaiły się żyć pod takim mottem?:
Ale to wszystko byłoby nic, gdyby nie..
Kiedy nadszedł marzec, zaczęła się prawdziwa drama – ruszyły pierwsze rozmowy w ambasadzie i zaczęły lecieć głowy – odmowy, odmowy, odmowy. Czytając fora i "Kommiersant", bledłyśmy, zieleniałyśmy, siwiałyśmy, obserwując, jak nasze i tak niskie szanse dosłownie kopią sobie grób, a nawet przysypują się ziemią, żeby mieć pewność. Nadzieja nie tyle umarła, co po prostu popełniła harakiri, sarkastycznie śmiejąc się z naszych prób wierzenia w lepsze jutro i programowania Wszechświata. Znaki nas prześladowały, ale były tak sprzeczne, że fizycznie czułam, jak mózg zwija mi się w rurkę. Czas i wiadomości drwiąco tańczyły kankana na naszych nerwach.
Wszystko mija – 18 kwietnia mój budzik zadzwonił o 5:30 rano...
by Yulchen
