Po pierwsze, wczoraj przyjechała nowa dziewczyna, Ania, była bardzo zmęczona i prawie od razu poszła spać.
Dziś rano wszystko zaczęło się jak zwykle, szykowałyśmy się z Sonią do pracy, Ania wstała i zaczęła szukać pracy. Miała tu jakieś kontakty, ktoś obiecał jej pomóc. Zostawiłam jej mój amerykański telefon i klucze do domu. Miło jest wiedzieć, że mogę komuś pomóc.
W drodze do pracy zauważyłyśmy, że wiał chłodny wiatr. Prawda, potem, kiedy pracowałyśmy na zewnątrz, wiatr jakby zniknął. Było, jak zwykle, palące słońce. Na szczęście w hotelu nie było tak strasznie. Malowałyśmy, Sonia stoły, a ja okna – łatwizna. Malowałyśmy gdzieś ze 2 godziny, a potem przypadło mi mycie krzeseł, podłóg i okien. Do tego Kristina dała mi „spryskiwacz” – wąż z końcówką, nie było to zbyt trudne, a woda świetnie odświeża. Przepracowałyśmy dziś 5 godzin – i nie byłyśmy jakoś bardzo zmęczone.
Przyjechałyśmy do domu. Pod drzwiami czekali na nas ludzie: dwie dziewczyny widziałyśmy wcześniej, spotkałyśmy się z nimi, kiedy zatrudniałyśmy się w naszym hotelu. Towarzyszył im jakiś znajomy, widocznie lepiej orientuje się w WW i pokazywał im drogę. No i okazało się, że chcą z nami mieszkać i przyszły obejrzeć nasze mieszkanie. Chociaż dziewczyny niby zapłaciły za miesiąc z góry w swoim domu, to bardzo chciały się przeprowadzić. Coś tam jest nie tak z sąsiadami, albo jest ich za dużo, albo dużo hałasują. Szczerze mówiąc, nie zapamiętałam imion dziewczyn. Zadzwoniłam do właścicielki i umówiłam się, że jutro zabierze dziewczyny z rzeczami i przywiezie tutaj. Mamy fajną właścicielkę.
Tak więc będziemy mieszkać w piątkę. Dopiero teraz zaczynam zdawać sobie sprawę, jak bardzo podobało mi się mieszkanie we dwie. Chociaż im więcej – tym weselej!
Dzisiaj udało nam się skoczyć na plażę. Nie brałyśmy ze sobą nic, po prostu przyszłyśmy, zrzuciłyśmy ubrania, wykąpałyśmy się, trochę obeschłyśmy i od razu z powrotem. Została mi tylko godzina do pracy.
Po prysznicu, z mokrą głową wsiadłam na rower i pojechałam. Tak fajnie było jechać, szybko, wiatr w twarz. Prawda, gdzieś na skrzyżowaniu New Jersey i 15-th st., jakaś babka za kierownicą wyskoczyła przede mną zza zakrętu. Ja oczywiście nie znam przepisów ruchu drogowego, ale na pewno wiem, że mogę jechać na zielonym i że mam pierwszeństwo. Dzięki Bogu, hamulce działają dobrze! W ogóle polubiłam swój rower, byle tylko więcej się nie psuł.
W restauracji dzisiaj znowu było bardzo mało gości. Pracowało tylko 3 kelnerów, z busserów byłam ja i Lauryn. Postanowiłam zebrać się na odwagę i maksymalnie wykorzystać wolny czas. Rozmawiałyśmy z Lauryn, wypytywałam ją o życie, studia.
Poprosiłam ją też, żeby wyjaśniła mi kilka słów, nazwy przedmiotów wokół. Dołączyli inni kelnerzy, było wesoło). Oto czego się dowiedziałam:
Hair ties - gumka do włosów.
Hair bands – when hair put up – coś w rodzaju kucyka.
Braid – warkoczyk.
Pepper – pieprz.
Pot – garnek.
Crock pot – garnek z podgrzewaniem.
Staple – zszywacz.
Pitcher – dzbanek.
Strow – słomka do napojów.
Ladle – chochla.
Boat – talerzyk w kształcie łódki na masło.
Garlic – oliwki, albo coś, co pływa w naszym oleju.

