Dzisiaj miałam cały dzień wolnego. Kiedyś marzyłam, że jeśli to się stanie, na pewno pojadę do Filadelfii!
W ciągu tygodnia wszystko się zmieniło. Brak porannych zajęć rozwinął we mnie dwa uczucia: pełnej wolności-odpoczynku i konieczności oszczędzania! Rozumiem, że praca jest potrzebna. Chociaż czasami przychodzą też inne myśli: mam całkiem niezłą pracę wieczorową. Godzin jest trochę mało, ale płacą świetnie. W końcu nie przyjechałam tutaj, żeby harować jak Portorykańczycy (którzy zarabiają tutaj dosłownie na kawałek chleba na zimową część roku). To są też moje wakacje i chcę cieszyć się tym wyjątkowym dla mnie latem! Zdecydowałam: jeśli trafi się jeszcze jedna dobra praca, żeby godzin nie było za dużo, płaciliby normalnie i traktowali dobrze – pójdę pracować. Nie – to nie.
Z takimi myślami się obudziłam. Wyspałam się, jak dobrze, kiedy absolutnie nie ma żadnych spraw! Zaczynasz cierpieć z powodu tego, co by tu zrobić, żeby lepiej spędzić dzień!!! Iść do kina? Do bufetu, na ocean, na basen, pospacerować... Na dworze jest upał, więc rano spędziłam w domu. Sonia pojechała na basen. Ja jakoś nie chciałam. Wydaje się, że zabiegów wodnych wystarczy! Teraz już nawet w oceanie po trochu pływam. O 2 wyszłam z domu, porządnie przygotowana, żeby jechać do kina w Rio Grande. Prawda, samej, bez Soni, jest trochę nudno. Póki ona pływa, myślę, pojeżdżę po uliczkach, poszukam pracy.
Odkryłam Pacific Avenue. Oczywiście, wcześniej już tam byłam. Dokładnie pamiętam, że pierwszy raz jechałam do pracy tą ulicą, prawda, że chodnikiem (sidewalk). W noc imprezy szliśmy tam i z powrotem tą samą drogą. Ale właśnie dzisiaj odkryłam ją w pełni dla siebie! Jest taka mała, taka wąska! Tylko po jednym pasie dla samochodów, wąski chodnik zastawiony ławkami, stolikami i reklamami-naganiaczami odpowiednich lokali! Budynki tak blisko siebie, dużo różnych kawiarni. Dla przystanków Dolly-Trolley (darmowy trolejbus dla turystów) zrobione są specjalne malutkie kieszenie. W ogóle, miła uliczka! Przejechałam obok sklepu z używanymi książkami. Jakiś świąteczny nastrój od tego dnia wolnego. Tutaj budynek banku (chyba Cape May savings bank) zrobiony jest w starym stylu. Ze stylowym dużym zegarem na nóżce (jak w filmach o starej Anglii).
Tylko w jednej kawiarni na Pacific znalazłam "help wanted". Potrzebują doświadczonych kelnerek. Tutaj od razu zadziałała rosyjska logika: jestem idealną kandydatką (nawet na wakat ratownika na basenie!). Zostawiłam swój numer telefonu, napisałam imię Olga. Po tym kobieta zaczęła mówić do mnie po rosyjsku).
Następny "help wanted" był już na Atlantic Avenue w barze. Potrzebują doświadczonego kucharza. Cóż, jedziemy dalej. Mniej więcej za aquaparkiem, Surf Ave zastępuje Ocean, która z kolei schodzi o kwartał niżej, za oceanem. Surf też jest interesująca. Pasy ruchu rozdzielone są trawnikiem, droga szeroka, przypomina prospekt! Domy tutaj są wyższego poziomu. W ogóle, jak zauważyłam, im dalej od centrum miasta, tym fajniejsze domki! Są ścieżki rowerowe! Wcześniej widziałam je tylko w Cape May. Gdzieś na skrzyżowaniu z 17-18 ulicą znalazłam jakąś piekarnię, która pracuje od 7 rano do pierwszej po południu. Im potrzebna jest pomoc! Koniecznie wrócę i zapytam. Przejechałam po Surf do samego końca. Tam, za 1 ulicą zaczyna się ocean!!! JAKA TAM JEST KRUTA PLAŻA! To pierwsza rzecz, o której pomyślałam, i wcale nie wycofuję się ze swoich słów. W ogóle, konkretnie sama plaża jest zwyczajna. Wyróżnia ją to, że "ląd" tutaj robi zakręt, i ocean wychodzi z dwóch stron! Ta nowa, druga strona przedstawiła moim oczom barkę pokrytą mgłą! Pięknie! I druga (główna dla nas z Sonią): surferzy! Oto to samo miejsce! Bardzo dużo amatorów, którzy starają się, upadają i znów próbują! Tak świetnie! Gdybyśmy i my mogły tam pojechać:)! Są też trenerzy, którzy uczą tego dzieciaki! Zabawnie! Jeszcze, tutaj nad oceanem, jest coś w rodzaju punktów widokowych! Byłoby świetnie tam siedzieć i pisać! Szkoda, że daleko od domu!
W końcu dojechałam do swojej restauracji w dzień, kiedy nigdzie się nie spieszę. Sfotografowałam ją! Bo tak bywa: przyjeżdżasz w nowe miejsce na odpoczynek, tyle wszystkiego chcesz zrobić! Odkładasz na później (czasu jeszcze dużo, dopiero przyjechałam!). I oto to najważniejsze, co mogłaś zrobić wiele razy, w końcu zapominasz albo nie zdążasz w ostatnich dniach!
Zajechałam jeszcze raz do północnego Maka dowiedzieć się o pracę. Oni też już nikogo nie zatrudniają. Uczciwie objechałam wszystkie sąsiednie bary-puby – nic. Po 20 minutach umówiłyśmy się z Sonią jechać do Rio Grande. Czas akurat potrzebny mi, żeby dotrzeć do terminalu autobusowego. Jednak wyszło dłużej, postanowiłam objechać wszystkie zakamarki północnej części, kiedy jeszcze będę tam spacerować, a nie spóźniać się do pracy? Przejechałam po tych miejscach, które widziałam albo tylko na mapie, albo jeszcze w pierwszy dzień, kiedy szukałam mieszkania.
W jednym sklepie zauważyłam napis "local help wanted". Ciekawe, co to. Okazuje się, że potrzebują tylko rezydentów, którzy będą mogli pracować zimą. Dziwne!
Z Sonią pojechałyśmy do Rio Grande autobusem. Po dwu-trzygodzinnym jeżdżeniu pod palącym słońcem, nie odważyłam się jeszcze na pół godziny po trasie. Rowery wzięłyśmy ze sobą, tak, żeby nie tracić czasu na miejscu.
Z tego, co mogłyśmy obejrzeć, pamiętam RED2 i kreskówkę. Poszłyśmy na kino tym razem, było bliżej czasowo. Bilet dla dorosłych na każdy film kosztuje 10.50. Nie wiem, dlaczego ostatnim razem poszłyśmy za 8.50. Kupiłyśmy chipsy i m&m. Swoją drogą, m&m tutaj jest wszędzie, i bardzo dużo różnych smaków! Ludzi w kinie było więcej, co nas bardzo ucieszyło. Fabuła filmu: Bruce Willis to kruty gość, którego nikt nie może zabić. Ratuje Amerykę przed jakąś bombą, która jest przechowywana w Rosji, w Kremlu. Trzeba, żeby nikt do niej nie dotarł. Ucieszyła rosyjska mowa w epizodach filmu, którą mogłyśmy zrozumieć tylko my. Konkretnie zasmuciło to, jak głupi Amerykanie zabijali naszych, jak mięso armatnie!!!!!!!!!! I jeszcze, jak Hollywood zmontowało centrum Rosji, jakby tutaj były lata 70. W ogóle, bardzo chce się obejrzeć ten film po rosyjsku. Jak oni to wszystko przetłumaczą? A co najważniejsze, czy jest sens to tłumaczyć i pokazywać u nas? Nikomu się nie spodoba!
Po kinie czuję się pewniej w angielskim. W końcu mogę ich rozumieć, i całkiem nieźle. Póki co moim głównym problemem są amerykańskie żarty. W filmie nie łapałyśmy, dlaczego ludzie się śmieją, i w życiu też się z tym spotykałam!

