Miniony tydzień był pełen wydarzeń. Wszystko zaczęło się w mglisty poranek, kiedy jeszcze „zaspany” zaparkowałem na swoim zwykłym miejscu pod pracą. Proces zajął więcej czasu, bo po kilku pełnych dniach pracy z rzędu myślałem dość wolno. Otwieram drzwi i widzę taki obrazek: $52 leży sobie na ziemi. Nie myśląc długo, zgarnąłem to, spojrzałem w niebo i powiedziałem dziękuję (nie wiem czemu po angielsku, no tak, przecież to nie były ruble). Tego samego wieczoru zobaczyłem na drodze małego jelonka, prosto jak Bambi.
Odkryłem lokal, w którym jest chyba z setka rodzajów lodów. Spróbowałem imbirowych, całkiem smaczne i niedrogie.
Dzień później znów pracowałem jako busser na wieczornej zmianie. Podszedł do mnie klient, z którym wcześniej zamieniliśmy parę słów o ręcznikach papierowych wiszących u nas nad stołami w restauracji zamiast serwetek. Dał mi osobiście $10 napiwku, chociaż nie powinno się tego robić. Zazwyczaj busser dostaje po prostu procent pod koniec dnia od każdego kelnera. Ale on nalegał i powiedział, że pracuję z duszą i daję z siebie wszystko; jak się okazało, obserwował mnie. Tego samego wieczoru, po pracy, zobaczyłem lisa przebiegającego mi drogę.
Następny dzień zapowiadał $25 na tym samym miejscu parkingowym. Dwa razy to jeszcze nie reguła, więc postanowiłem, że jeśli znajdę jeszcze raz, to zapytam pracodawcę o te dolary. Tego samego dnia wieczorem jadłem lody z kolegami i spotkaliśmy skunksa. Było wesoło, bardzo się go bali i za każdym razem wskakiwali na ławkę, gdy podchodził.
Jak widzicie, te dni są bogate w pieniądze i zwierzęta, co jest dość zaskakujące.
Teraz mieszkam sam w ogromnym domu, urlopy i wakacje u Amerykanów się skończyły, biznes turystyczny podupada. W pobliskich domach mam wrażenie, że wszyscy wymarli, nikogo nie ma. Poza tym w moim czterokołowym przyjacielu chyba zepsuło się jedno z czterech wymienionych wyżej kół. Pojutrze trzeba będzie coś z tym zrobić.



