Teraz jestem w USA już równe 3 miesiące. Jest 17 września. Nocuję na lotnisku w Miami, czekam na lot do Las Vegas. Moja towarzyszka podróży śpi, a ja poczułam nagłą potrzebę pisania.
Ostatni post był 2 sierpnia. Jak dawno to było! Ile ciekawych, ekscytujących, fajnych rzeczy się wydarzyło. Ile ciepłych chwil, nowych prawdziwych przyjaciół, nowych miast, wysp...
Chcę zebrać myśli i w końcu postawić kropkę w części bloga o pracy.
Więc, Work and Travel. Chętnych – milion. Tych, którzy przeszli wszystko do końca i przyjechali – mniej, ale też bardzo dużo. A jeszcze mniej jest tych, którzy naprawdę dali radę i z powodzeniem ukończyli ten program. Więc, co to było.
WORK
Przez półtora miesiąca opisywałam swoje dni pracy. Już wiecie, ile było nieprzyjemnych, przykrych momentów. Były łzy i żale. Jednocześnie było dużo doświadczenia, nowych znajomych i (co nie mniej ważne) pieniędzy. Sierpień – szczyt sezonu w Wildwood. W restauracji pracowałam 6 dni, i w moim nowym luksusowym hotelu też. Już stałam się „swoja” u Andrew, codziennie na 6: 48 przecznic, znam prawie wszystkie ulice na pamięć... Od sierpnia jeździłam do pracy z odtwarzaczem, jakoś szybciej, weselej. Zdarzało się, wracam w nocy z pracy i myślę-myślę-myślę. Im bliżej września, tym więcej myśli o domu. W uszach – zwykła playlista, która nie była aktualizowana od 100 lat. Wszystko przypomina o domu. A jednocześnie tak bardzo nie chce się wyjeżdżać!!!! Czas przeleciał bardzo szybko. 17 sierpnia przyśnił mi się sen, że siedzę na lotnisku, szykuję się do lotu do domu i płaczę. Bo nic nie zdążyłam, nie zobaczyłam, nie zrobiłam.
W czerwcu-lipcu mieliśmy tyle dni wolnych, tyle wolnego czasu! A my nie docenialiśmy, nie podróżowaliśmy, siedzieliśmy w domu, chodziliśmy na plażę. To zrozumiałe, pieniędzy jeszcze nie zarobiliśmy, i wydawało się, że jeszcze za wcześnie. Myśleliśmy, że w sierpniu pojeździmy. Wyszło inaczej: w sierpniu pracowaliśmy prawie bez dni wolnych. A w każdym razie trudno było wszystkim wziąć day off w tym samym dniu.
Potem żałowaliśmy. Sonia cały sierpień pracowała od 10 rano do pierwszej-drugiej w nocy codziennie! Ani jednego dnia wolnego, ani jednej wycieczki do Rio Grande, ani razu się nie wyspała. Ona już nie jest „bubble lady”. Dave (jej szef) wziął ją do robienia woskowych rąk, a potem skusił ją na pełny etat. Płacił 9$ za godzinę. A faktycznie, Sonia była menedżerem, przychodziła pierwsza, otwierała sklep, pracowała, zapisywała godziny pracy wszystkich innych chłopaków, puszczała kogoś do domu, kiedy nie było busy, i wychodziła ostatnia, wszystko sprzątała, zamykała sklep. Ona jest naszym potworem, nikt tyle nie pracował, i nikt tyle nie zarobił)) Jesteśmy dumni z Soni!
Co do mnie. Kocham swój hotel, lubiłam tam pracować. Na początku bardzo się starałam, spieszyłam się, było trochę ciężko, za to często dostawałam napiwki. Potem trochę się połapałam, przyzwyczaiłam, dowiedziałam się, czego można nie robić, co można robić inaczej. I życie stało się łatwiejsze. Zwłaszcza po pierwszej wypłacie. Bezpośrednie przełożone – Sally i Amy, zawsze któraś z nich sprawdzała, jak pracuję. Nigdy nie było skarg ani pretensji, a raz ludzie nawet zostawili mi komentarz: „It was Olga, she was great”. Oczywiście bardzo miło, po efekcie wywieranym na wszystkich pracownikach widać, że to nieczęste zjawisko, ale, kurczę, lepiej by zostawili napiwek!
Był też czas wolny w hotelu. Z reguły przez pierwszą godzinę nigdy nie pracowałam porządnie. Zanim zorganizuję swój wózek (ręczniki, szampony itp.), zanim wypiję kawę, czasem nawet z kanapką. Zdarzało się, że ludzie zostawiali jedzenie w lodówce (zamiast napiwku, albo jedno i drugie, albo nic))). W check-outach (czyli pustych pokojach) zawsze można posiedzieć, wypić kawę, zjeść. Nigdy nie wpadłam. Lubiłam pracować sama, w swoim tempie, licząc tylko na siebie. W jakieś 2 tygodnie przesłuchałam 5. część Harry'ego Pottera po angielsku. Tak się wciągasz, ciekawe) Zdarzały się zabawne historie z gośćmi, ale z reguły wszystkie kończyły się zostawieniem mi napiwku.
O sukcesie i niepowodzeniu. Wszyscy rwą się do USA, bo to fajne. Program Work and Travel to jeden z najłatwiejszych sposobów dla studentów. Mało kogo powstrzymuje słowo „work”. Wydaje się, co to jest w porównaniu z tym, że będę w USA? I że zapłacą mi więcej niż w Rosji? Tak, większość tak myśli i większość z powodzeniem radzi sobie z programem. Ale są też tacy, których ta praca łamie.
Do tej pory nie mogę zrozumieć, po co było tu przyjeżdżać, żeby codziennie po pracy płakać na Skype do rodziców, jak tu jest źle, jak bardzo chce się do domu? Żeby nienawidzić języka angielskiego, unikać go wszystkimi siłami? Żeby mówić, że w Ameryce nie ma co robić, i wcale tu nie jest fajnie, że ich oszukali, a na pytanie: „gdzie byliście, co widzieliście w Ameryce?” – odpowiadać: „w pracy, w domu i parę razy na plaży”? Po co było rodzicom płacić 100 tysięcy, żeby ich rozpieszczone dzieci pracowały tu na dwóch etatach i przywiozły te pieniądze z powrotem, w ten sposób sprowadzając bilans do zera? Albo kupiły sobie iPada, iPhone'a, ale całe lato przepłakały, że chcą do domu? Latem można pracować też w Rosji, przy tym żyć, jeść w domu, a z głową na karku można też nieźle zarobić!
Praca w usługach nie jest najłatwiejsza i nie najprzyjemniejsza. I wszyscy uczestnicy J-1 o tym wiedzą. I wszystkich ostrzegano. To, z jakim nastawieniem chłopaki rzucili się do tej walki, określiło wynik. Jestem dumna z wielu moich znajomych, którzy fajnie przepracowali ten sezon, pokazali się z dobrej strony, byli odpowiedzialnymi, rzetelnymi pracownikami, odrobili program i kupili sobie nowe rzeczy, sprzęt albo wszystko wydali na podróże.
Niestety, nie każdy ocenia swoje siły, ktoś codziennie prosi o wolne z pracy, kradnie jedzenie na przerwach, spóźnia się – przykro, że to rosyjscy chłopcy. I że po nich oceniają cały naród.
Widząc takich chłopaków wokół, bardziej zaczynasz szanować tych, którzy przeszli tę pouczającą i ciekawą drogę do końca, którzy dali radę.
Są tacy ludzie, na przykład wykładowcy uniwersyteccy, zwłaszcza z filologii, którzy krytycznie odnoszą się do tego programu. Że niby nasze dzieci jadą do USA zmywać naczynia. Cóż, jeśli wy też tak myślicie, nie przyjeżdżajcie! Nie sprawdzajcie się, nie spodoba wam się. Jedźcie na wymianę do innych krajów, na wizie turystycznej do USA albo uczcie się języków w domu. Nie psujcie wizerunku rosyjskiego studenta: sumiennego, umiarkowanie bezczelnego, pracowitego, wesołego, żądnego przygód... swoimi kwaśnymi i niezadowolonymi gębami!
Program jest bardzo dobry, żeby dowiedzieć się, ile jesteś wart. Tutaj ujawniają się charaktery, otwierają się dusze. Wolność uderza do głowy i dodaje skrzydeł! Tutaj nie ma rzeczy niemożliwych... I nie daj Boże, żeby w Rosji ktoś podciął skrzydła wszystkim tym podróżnikom!
Wstęp do części TRAVEL
Ogólne wrażenie – lubiłam pracować. Jakoś bez pracy w Wildwood cały dzień nie ma co robić. Nawet jeśli nie było czasu iść na plażę. W sierpniu byliśmy tylko 1 lub 2 razy. Za to były nocne posiedzenia z chłopakami i w każdy wtorek wycieczki po topowych miastach USA (no, oczywiście, pobliskich).
Całe lato otaczali mnie bardzo dobrzy ludzie. Sonia i Ania, które stały się raczej siostrami niż po prostu przyjaciółkami. A od wycieczki do Six Flags (obiecuję zrobić osobny blog o wszystkich podróżach, bo to coś! najważniejsze – więcej nieprzespanych nocy na lotnisku!) zaczęła tworzyć się bardzo ciepła, zgrana paczka. Najpierw po prostu chciało się zebrać razem jeszcze raz, a potem jeszcze i jeszcze... Zaczęliśmy razem myśleć, marzyć, planować. W rezultacie każdy wieczór spędzaliśmy razem, jedliśmy, rozmawialiśmy, piliśmy herbatę bez cukru, a czasem kakao bez mleka, kąpaliśmy się w nocy w oceanie, spacerowaliśmy itd.... i tym podobne. Takie coś chyba zdarza się każdemu uczestnikowi J-1, prawie nikt nie zostaje tu bez przyjaciół, jakiejś swojej paczki... Ale dla mnie – to był ogromny klucz energii, bijący z taką siłą, że o matko!!! Byliśmy gotowi przenosić góry, i przenieśliśmy je!!! To, co zrobiliśmy tego lata każdy dla siebie i razem dla siebie nawzajem – jest nierealnie fajne! A co najważniejsze, zrobiliśmy to sami! Ktoś od początku zarobił na swoje amerykańskie marzenie, ktoś przyjechał na koszt rodziców, ale też odpracował to w pełni. W rezultacie bezgraniczne szczęście z tego, że to było, jest i jeszcze trwa! Z tego, ile zrobiliśmy razem, na tej samej fali, z tego, ile zwiedziliśmy...
