Pragnienie zawsze sprowadza się do listy warunków do spełnienia. Żeby zacząć; żeby móc. A co jeśli nie zmieniać siebie? Czy znasz sposób, jak zacząć żyć dokładnie tak, jakim się jest? Ja nie. Buduję sobie etapy. Pewnie z przyzwyczajenia. Etapy zdarzały się w życiu każdego z nas. Kolejność oczywiście nie jest u wszystkich taka sama, a liczba etapów też jest różna. Ale u mnie: przedszkole, potem osiem lat szkoły (skończyłem dziesiątą klasę, ale czwartą przeskoczyłem; nie z własnej woli, w tamtym czasie tak było przyjęte). Dalej — cztery lata technikum z ośmioma małymi etapami: sesjami, praktykami, zaliczeniami, egzaminami i dyplomem. Potem — uniwersytet. Zasada uniwersytecka jest podobna do technikum, tylko studiowałem nie cztery lata, a pięć. Prawda, cztery lata technikum trwały jak dziesięć, a uniwersyteckie przeleciały jak dwa; stąd pytanie za sto punktów — gdzie było mi lepiej?
Gdzieś między technikum a uniwersytetem można dostrzec dodatkowe etapy. Kółko dziecięce „Centrum Prasowe” w Kopiejsku, teatr studencki u przyjaciół z Czelabińskiego Uniwersytetu Pedagogicznego. A potem „Grupa Twórcza” na moim SUSU (Południowouralskim Uniwersytecie Państwowym). Tam pokazywaliśmy spektakle, „otrzęsiny psychologów” i występy noworoczne.
Między tym wszystkim — wyjazd latem do Anglii. Jeszcze jeden, w następnym roku — do Stanów. Jeździłem też odpoczywać: do Odessy, Petersburga, Nieftiejugańska, Moskwy, na wycieczkę autokarową po Europie i na coroczne letnie wyprawy po lasach i jeziorach obwodu czelabińskiego. Robiłem z przyjaciółmi i krewnymi jakieś dodatkowe wypady.
Po ukończeniu uniwersytetu przez dwa i pół roku zajmowałem się psychoterapią indywidualną i grupową. Jako uczestnik. I miałem jeszcze „wszelką pracę”, o której nie chce się pisać, a czytać też nudno.
Przez ostatnie półtora roku chodziłem do czelabińskiego klubu literackiego „Svyatunets”, gdzie spotkałem wielu kolegów po piórze i kilku ciekawych ludzi.
Teraz wymyśliłem sobie wyjazd do RPA. Czyli, rozumiesz? U mnie wszystko jest zawsze takie, co się zaczyna i kończy. A w przypadku wyjazdów zagranicznych, jakkolwiek bym ich nie lubił, bardzo czekam na ich koniec. Po co? Dlaczego lepiej potrafię cieszyć się chwilą, a nie procesem? Jestem pewien, że ktoś w odpowiedzi powie mi: „No, jeśli ty nie potrafisz, to nie wiem, kto potrafi!” Mogę tylko wzruszyć ramionami na takie stwierdzenie, choć słyszałem je już wcześniej. Ale jakoś nie jestem gotowy na kolejny taki osąd.
Więc mówię szczerze: nie umiem żyć! I to prawda! I czasami naprawdę potrzebuję pomocy. Na przykład w odpowiedzi na pytanie: jak można żyć tak, żeby nie oczekiwać „końca etapu”.
Nie, właściwie to nie chcę czekać na zakończenie. Ale jeśli się zastanowić, to nie czekania jako procesu równoległego do życia nie chcę, a właśnie doczekiwania się nie mam ochoty. Często pojawia się pragnienie, żeby natychmiast uciec. Pędzić przez pole, wskoczyć do kabiny małego samolotu i odlecieć!
Ale ja nie jestem Richardem Bachem. Ja jestem Siemionem Sandalkinem. I nie tylko nie umiem pilotować samolotu, ale w ogóle go nie mam. Pieniędzy mam w zasadzie tylko „na jedzenie”, trochę na ubranie. I odrobinę na małe podróże, z których staram się czerpać maksimum przyjemności. Ale nawet tego by nie było, gdybym nie starał się nie rozrzucać pieniędzy. Więc co? Warto próbować?
A potem, dokąd polecę? W Rosji jest już zimno, a to przy założeniu, że prawdziwe mrozy nawet się nie zaczęły. A one przecież będą długie! A ja i zima to na razie rzeczy niekompatybilne. Więc do wiosny tam ani rusz! Tak więc pozostaje tylko próbować „jakoś stale normalnie żyć”. Nie egzystować, a żyć!
I pytanie pozostaje: jak, nie zmieniając siebie (posłuchajcie: nie-zmie-nia-jąc-sie-bie!!!) nauczyć się tego?
Niezmienne, choć i ten moment jest względny, wydają mi się tylko dwie rzeczy: moje pragnienie tworzenia i istniejące relacje z ludźmi.
16:20, 16 listopada 2008


