Po tym locie znalazłam jeszcze jedną grupkę posiadaczy wizy J-1, z którymi pojechałam na lotnisko prawdziwą żółtą taksówką. Kosztowało nas to po 15 dolarów, co wyszło taniej niż jakakolwiek inna opcja.
Stopniowo wjeżdżaliśmy do centrum, gdzie budynki dosłownie spadają w niebo i tęsknią za swoimi starszymi braćmi bliźniakami.
W hotelu spędziliśmy 2 godziny po prostu czekając na zameldowanie, ale poszło bardzo, bardzo szybko, więc o 15:00 stałam już pośrodku pokoju czteroosobowego z dziewczyną, którą znałam już z taksówki.
W naszym pokoju są meble podejrzanie przypominające te radzieckie, otwiera się tylko górna część okna i nie ma lodówki. Mimo że piąte piętro jest po Lobby, A, B, C, M, 2, 3, 4, Manhattan daje o sobie znać i dość głośno puka w okno dźwiękami metra i przejeżdżających samochodów. Swoją drogą, co do pięter. W windzie przyciski są ułożone w bloku, czyli poziomo od dołu do góry i od lewej do prawej, jest przycisk LL, co nas zbiło z tropu i za nic nie mogliśmy pojechać na pierwsze piętro. Tabliczka Lobby jest - przycisk jest. Lol.
Na jednym piętrze są numery pokoi, numery pokoi z literą A i numery pokoi z literą B, co często wprowadza w błąd. Ale ogólnie jest wesoło :)
Postanowiliśmy wieczór poświęcić na kserowanie dokumentów na jutrzejszą orientację, więc trzeba było pospacerować po Manhattanie.
Prowadziłam bloga na VKontakte (https://vk.com/wielec_usa), tam jest więcej informacji!



