Godz. 20:00. Przystanek Wildwood Bus Terminal. Oto dotarliśmy do naszego, teraz już, ULUBIONEGO miasta.
To właśnie tutaj mieliśmy pracować i imprezować przez całe lato)
Jeszcze będąc w Rosji, zajmowałam się szukaniem mieszkania, tzn. znalazłam domek i dogadałam się z właścicielką w sprawie naszego przyjazdu. Przywitała nas, przywiozła do domu, omówiliśmy wszystkie warunki (nie bójcie się, rozmawialiśmy po rosyjsku, bo dziewczyna pochodzi z Ukrainy) i ruszyliśmy na poszukiwanie jedzenia, inaczej żołądek strawiłby sam siebie.
W Wildwood jest słynny Boardwalk, tzn. ulica wzdłuż oceanu, gdzie jest mnóstwo sklepów, kawiarni, 6 parków rozrywki. Tam właśnie poszliśmy. Długo myśleliśmy, do której kawiarni wejść, w końcu, strasznie głodni, wpadliśmy do pizzerii Hot Spot, wtedy nawet nie myślałam, że później zaprzyjaźnię się z chłopakiem z Serbii, który tego wieczoru był naszym kelnerem. Tego wieczoru spacerowaliśmy po Boardwalk i nie wierzyliśmy własnym oczom. Wszystko to, czego wielokrotnie szukaliśmy w internecie jeszcze w domu, w tamtym momencie było realne, prawdziwe. Plus trafiliśmy na święta - Memorial weekend, więc było tam bardzo dużo ludzi i było bardzo wesoło..:)))
Następnego dnia poszliśmy do pracy. Wildwood jest całkiem małe, ale naszego hotelu szukaliśmy długo) W końcu go znaleźliśmy, porozmawialiśmy z pracodawcą. Amerykanie są naprawdę bardzo uśmiechnięci i pozytywni. Właścicielka hotelu nie była wyjątkiem. Ale zacząć pracować mieliśmy dopiero od 15 czerwca, bo dopiero wtedy zaczynał się sezon. A póki co poradziła nam szukać drugiej pracy.
Pogoda była wspaniała i, oczywiście, ruszyliśmy popatrzeć na ocean. OOO....... to takie piękno!!!!!!:)))))))))
Pod koniec maja przyjechali pozostali chłopcy (z Ułan-Ude) i ostro stanęła kwestia mieszkania. Warunki, które zaproponowała nam właścicielka domu, delikatnie mówiąc, nie odpowiadały nam. W ogóle sytuacja zakończyła się małym konfliktem i zaczęliśmy szukać innych opcji.
Na szczęście nasz pracodawca podpowiedziała nam, gdzie można znaleźć mieszkanie za te same pieniądze.
Od razu pobiegliśmy tam, a właściciel domu, Tim - prawdziwy Amerykanin, przyjął nas. Za cały apartament płaciliśmy 600 $ tygodniowo. Tak, to trochę drogo, w zasadzie można znaleźć miejsce taniej, ale nie zawracaliśmy sobie głowy. I dobrze zrobiliśmy. Tam mieszkaliśmy całe lato:)))))))))))
Choć sytuacja z naszym pierwszym mieszkaniem ułożyła się niefortunnie, dała nam możliwość poznania fajnych chłopaków z Kosowa. Chłopaki są super, uśmiechnięci, przyjaźni, a angielski mają o głowę lepszy od mojego. Dlatego na początku czułam się nieswojo, rozmawiając z nimi, dokładniej mówiąc, wstydziłam się swojego angielskiego. Chłopaki są poza tym bardzo gościnni. Przez te kilka dni, które mieszkaliśmy w jednym domu, zachowałam wiele miłych wspomnień. Całą bandą jeździliśmy na zakupy spożywcze, graliśmy w Twistera (śmialiśmy się do rozpuku) i nawet zdążyliśmy urządzić imprezę. Było super:)
Chcę powiedzieć, chłopaki, nie bójcie się problemów, one bez wątpienia będą) Po prostu czerpcie frajdę z podróży. A wtedy w każdym problemie będziecie mogli dostrzec swoje plusy.
p.s. Do tej pory utrzymujemy kontakt. Rozmawiamy na Facebooku))





