Czerwiec.
....miesiąc, który pomógł przewartościować sens mojego życia.
22 maja przyleciałem i już 1 czerwca, w swój pierwszy weekend, który dali mi moi pracodawcy John i Cindy, odwiedziłem najbardziej dla mnie wtedy błyszczące i najbardziej pożądane miasto – Nowy Jork. Tego miasta i tej atmosfery po prostu nie da się opisać słowami, to trzeba czuć i słyszeć! Innymi słowy – cieszyć się chwilą, która właśnie trwa. W ciągu dwóch dni pobytu zdążyłem odwiedzić Central Park i zmoknąć tam w deszczu, wielokrotnie przejechać się metrem, zapomnieć o czasie na słynnym Time Square, spróbować po raz pierwszy sushi, a następnie odwiedzić słynny bar zbudowany na cześć Forresta Gumpa o niemal identycznej nazwie „Bubba Gump”, uczestniczyć w zachodzie słońca na 102. piętrze Empire State, najeść się do syta w McDonalds, zgubić się w rejonie mostów Manhattan bridge i Brooklyn bridge, no i oczywiście przejechać się dwupiętrowym autobusem wycieczkowym w +30 stopniowym upale. Ogólnie rzecz biorąc, miałem szaloną pogoń za czasem i emocjami przez 48 godzin. A jeśli chodzi o Statuę Wolności, nie mogłem nie przylecieć do Ameryki i jej nie odwiedzić! I odwiedziłem, ale już 28 sierpnia, dzień przed odlotem!
10 czerwca. Leżę na asfalcie i słyszę tylko bicie własnego serca, a wokół hałas, i przez ten hałas słychać sygnały samochodów i dźwięk opon na asfalcie... (ten moment przypomniał mi jakiś film, gdzie bohater ciągle wpadał w kłopoty). Potrącił mnie samochód... ale wszystko stało się tak szybko, że pamiętam tylko, jak z przodu uderza we mnie samochód i już wylatuję ze swojego roweru, ze swojego ulubionego roweru, i w tej chwili pomyślałem: „Trzeba było jutro pojechać i zobaczyć to kino”. Potem upadek na asfalt twarzą do przodu, w rezultacie wylądowałem na lewym boku i ten moment, kiedy zrozumiałem, że jednak wszystko skończyło się dobrze. Ale nos rozbity...
Aż do 26 czerwca tylko pracowałem, poznawałem nowych ludzi i zajmowałem się dokumentami związanymi z moją pracą i statusem J-1 Visa. Ach, tak, prawie zapomniałem, pracowałem jako operator atrakcji, a moja atrakcja nazywała się „Diabelski młyn”, jeśli po naszemu, a prawdziwa nazwa tego koła to „GiantWheel”. Bardzo ciekawa praca, gdzie mogłem dużo czasu rozmawiać po angielsku, tym samym podnosząc swój poziom, i siedzieć w cieniu z klimatyzacją w 35-stopniowym upale. Do pracy na zewnątrz to po prostu super!
Dlaczego wybrałem właśnie 26 czerwca? Dlatego, że to moje urodziny, i czekałem na nie od momentu przylotu do USA. Ten dzień zaczął się dla mnie od rozmowy na Skype od moich rodziców. Byłem z tego bardzo zadowolony, a jednocześnie, słuchając życzeń z domu, zacząłem bardzo tęsknić za Kazachstanem, za przyjaciółmi, którzy nie mogli być obok. Ale szczególnie brakowało mi mojego domu w tym dniu. Gdyby była możliwość polecieć na jeden dzień, świętować ze wszystkimi swoimi, a potem rano z powrotem do Stanów. Była godzina 12:16 am, kiedy skończyliśmy rozmawiać z rodzicami, a ja, jak zwykle, zeskoczyłem z łóżka i poszedłem się myć. Wchodząc na górę, nikogo już nie było, wszyscy moi dziesięciu sąsiedzi byli w pracy i pracowali w pocie czoła. Usmażyłem sobie parówki w mikrofalówce i przygotowałem jajecznicę. To, właściwie, moje zwykłe samotne śniadanie rano pod nieobecność mojej wybawicielki w osobie Ajki. Chyba to jedyna osoba, która martwiła się o mój głodny żołądek, czasami nawet częściej niż ja sam!
Do pierwszej byłem już na swoim zwykłym miejscu pracy i myślałem, dlaczego dzisiaj nikt mnie specjalnie nie gratuluje? Może na coś czekają, włączyłem rap głośniej w słuchawkach i czekałem na swoich klientów. O 6 pm zawsze miałem przerwę i ten dzień nie był wyjątkiem, ale coś musiało się wydarzyć. Informując Cindy i Johna (moich pracodawców), że chyba pójdę zjeść w „McDonalds”, powiedzieli, że nie muszę nigdzie iść i jedzenie jest już przygotowane. W tamtej chwili w końcu zrozumiałem, że czekali na szóstą, żeby mi pogratulować. Tak też się stało: nie zdążywszy dojść do parkingu na tyłach naszego parku rozrywki, już widziałem, jak Cindy niesie jaskrawozielony tort, na którym kremem dokładnie na środku było napisane moje imię. I co myślicie, co jeszcze wymyślili? Wzięli i usmażyli parówki w mikrofalówce specjalnie dla mnie! Po prostu byli zdziwieni, że lubię smażyć parówki w mikrofalówce i nie mogli zrozumieć, jak mogę to jeść. Ale wiedzieli, co lubię, i oczywiście ucieszyli mnie swoją uwagą. Byłem im bardzo wdzięczny, bo w krótkim czasie pobytu w Ameryce bardzo się z nimi zaprzyjaźniłem, byli dla mnie jak amerykańscy rodzice. Kończąc pracę o 11 pm, przyszedłem do domu i poszedłem spać...
Naprawdę uwierzyliście??? Do czasu, kiedy kończyła mi się praca, mój telefon już pękał od telefonów moich znajomych, którzy zapraszali mnie na imprezę, czym zresztą zająłem się po tym, jak przyszedłem do domu i umyłem się. Poszedłem na imprezę i to było idealne zakończenie dnia. „Project X”, oczywiście, nie wyszedł, ale impreza była na najwyższym poziomie, a mój powrót do domu o 4:27 am to potwierdza.




