Marzenia – odradzają się one już od samego dzieciństwa. Nawet nie wiem, z czym to jest związane, ale jednym z moich największych marzeń stało się odwiedzenie Ameryki. Kiedy proszą mnie, bym opowiedziała o swoim amerykańskim doświadczeniu, nie męczę się opowiadaniem swojej długiej, ale jednocześnie pouczającej dla mnie historii. Będąc uczennicą 6 klasy w mieście, zobaczyłam plakat IEC. Zerwawszy go z ulicy, przyniosłam do domu i nakleiłam na niego zdjęcia byłych uczestników, którzy jeździli z programem, oraz swoje zdjęcia. Patrząc na ten plakat, zawsze wizualizowałam. Marzenie o odwiedzeniu Ameryki z każdym dniem rosło. Po kilku latach z tym programem pojechała moja kuzynka. A ja wciąż czekałam i nie mogłam się doczekać, kiedy zostanę studentką. Widziałam tylko jedną drogę, to – Work and Travel. Innych wariantów nawet nie rozważałam.
2011 rok, wrzesień... Oto nadszedł ten szczęśliwy moment. Dostałam się na grant na Euroazjatycki Uniwersytet Narodowy. 2 września, przyjechawszy na uniwersytet, moją uwagę przyciągnęło biuro znajdujące się naprzeciwko przystanku. Miałam w torbie ten plakat, otworzywszy ją, bardzo się ucieszyłam, że to było to samo biuro. Biuro, wcielające marzenia w rzeczywistość. Tego samego dnia po nauce weszłam do nich, pamiętam, siedział zielonooki chłopak. Byłam gotowa się zarejestrować, w tym miesiącu skończyłam dopiero 17 lat. Według warunków programu już w czerwcu trzeba być pełnoletnim. Nie chciałam w to wierzyć, prosiłam o doprecyzowanie, ale to niczego nie zmieniło. Pożegnał się ze mną i dodał, że będzie czekał w przyszłym roku.
2012 rok, październik... Miałam przyjaciela (nie chłopaka), który też chciał pojechać z tym programem. Połączywszy siły, złożyliśmy wniosek. Trzeba było tylko znaleźć „Job offer” (pracę), co w tamtym momencie wydawało się bardzo łatwe. Przyjaciel nic nie robił, prosił zrobić od razu 2 umowy, jeśli znajdę pracę. Musiałam myśleć za dwoje. Zabrałam się za to chyba dość późno, czego nie radzę przyszłym uczestnikom. Pierwszą pracę znalazłam w internecie u jednego chłopaka, ale jego job offer nie potwierdzili z tego powodu, że pracodawca był Kazachem. Uzasadnili to tym, że żadnej wymiany kulturowej nie będzie.
Był już luty – marzec. Również w internecie znalazłam dziewczyny z Karagandy. Powiedziały, żeby przelać całą sumę i że dopiero po tym zaczną szukać. Wyjścia nie było, czas naglił. Znaleziony przez nie pierwszy offer nie został potwierdzony, a potem jeden po drugim wszystkie nie były potwierdzane. 30 maja zadzwoniła do mnie i powiedziała, że więcej nie ma żadnego i żaden z nich nie jest zatwierdzany. Przez te 3 miesiące uspokajała mnie swoim „Jutro na pewno potwierdzą”. Ten sam tak zwany „przyjaciel” odmówił dalszego udziału, napisał rezygnację i wyjechał do domu. Postanowiłam się nie poddawać i iść do końca. Byłam gotowa zapłacić choć 1000$ za offer, byle tylko potwierdzili w 1 dzień. Znalazłam inną pracę i został potwierdzony 20 czerwca. Czekałam na datę swojej rozmowy. To było męczące. Wszyscy wyjechali, zostałam sama w Astanie, od rana do wieczora czekałam na choć jakąkolwiek informację z ambasady.
1 lipca, 2013 rok... Nas było 6 osób. Pierwsza do ambasadora wchodziłam ja. I jak myślicie?! Otrzymałam odmowę. Potem wyjaśniło się, że okazuje się, nie tylko ja, ale i wszyscy pozostali 5. Wszystkie moje plany na lato były związane z Ameryką, a tu nagle, i twoje marzenie w jeden dzień się wali...
2012 rok, lato... Wróciłam do swojego rodzinnego miasta, w tamtym czasie większość moich znajomych przebywała w stanach, a nawet jeden znajomy, któremu znajdowałam offer, jak na dziwo, on był jeden, więc zaproponowałam swój znaleziony. Oglądałam zdjęcia znajomych dziewczyn, przecież proponowały pojechać razem z nimi, nie chciało się jakoś zmieniać zdania, skoro już postanowiliśmy z przyjacielem jechać razem. Smutnych i przykrych drobiazgów w tej historii jest wiele, ale nie chcę skupiać waszej uwagi na tym wszystkim, zresztą samej też nie chce się wspominać. Najważniejsze, że nikogo nie winiłam i przyjęłam to jako próbę losu.
Dużo przemyślawszy pod koniec lata, wyjeżdżając do Astany, powiedziałam rodzicom, że chcę spróbować jeszcze raz, dając im do zrozumienia, że to moja ostatnia szansa. Fraza: Słabi powiedzą „Nie przeznaczone”. Silni powiedzą „Spróbuję jeszcze raz”. A najsilniejsi powiedzą „Będę próbować tak długo, aż wszystko nie będzie tak, jak chcę” motywowała mnie. Mieli wahania z powodu straconych pieniędzy, ale mimo wszystko dali zgodę, nawet nie pytając, gdzie podziały się wszystkie pieniądze za poprzedni raz na job offers, program, za co jestem im niezmiernie wdzięczna.
2013 rok, wrzesień... Nie raz nachodziły myśli, by wybrać inną firmę. Wewnętrzny głos i intuicja podpowiadały, by wrócić do IEC. I znów jestem w biurze. Pamiętam, Żułdyz jeszcze pytała: „Dinaro, czy jesteś pewna?!”, wtedy było mi wszystko jedno, czy pojadę sama, czy z kimś...
2014 rok, kwiecień... O 10 rano rozmowa w ambasadzie. Byłam bardzo zaniepokojona tym, że wcześniej była odmowa. Wziąwszy się w garść, nie dając sobie upaść na duchu, weszłam do gabinetu ambasadora. Swoją drogą, jeszcze wtedy podszkoliłam angielski, zdałam IELTS, było lepiej niż wtedy. Jasno rozumiałam wszystkie pytania i odpowiadałam konkretnie i krótko. Oczywiście zapytał mnie o to, co stało się w zeszłym roku. Wyjaśniłam wszystko tak, jak jest, były problemy z pracą i rozmowa odbyła się bardzo późno. I wiecie co?! OTRZYMAŁAM WIZĘ!!! Kiedy ambasador powiedział: „Ok, your visa is approved”, byłam w siódmym niebie ze szczęścia. Na ulicy już aż łzy płynęły ze szczęścia. Nikt tym razem nie wiedział, że po raz kolejny złożyłam wniosek, oprócz rodziny. Od razu zadzwoniłam do taty, podzieliłam się radością i tym, że tym razem na pewno jadę do USA.
29 maja... O 06:25 rano wylot. Latem miałam odbywać całe lato praktykę produkcyjną w Astanie w swoim zawodzie. Na moje szczęście wszystko pomyślnie się ułożyło i wyjechałam za swoim marzeniem...
Na lotnisku w USA w kontroli celnej, zanim postawią pieczątkę w wizie, przechodzisz taką samą rozmowę jak w ambasadzie, o to też się martwiłam, cały lot o tym myślałam. Słyszałam historie, że niektórych studentów tam zawracali z powrotem do ich kraju. Dopiero przechodząc przez kontrolę paszportową, uświadomiłam sobie: TERAZ JESTEM W AMERYCE!!!
Jestem użytkownikiem strony “Couchsurfing”. Jeszcze na jeden dzień przed wylotem szukałam ludzi w mieście Sandwich. Dokąd właściwie była moja praca. Znalazłam jednego dziadka i napisałam do niego. Tak, nie mogłam sobie wyobrazić, że mi odpowie. Przybywszy do Nowego Jorku, otrzymałam od niego wiadomość. On i jego żona byli gotowi przyjąć nas na jakiś czas. Lot był dość długi: Astana – Moskwa – Nowy Jork. Ze mną była jeszcze dziewczyna Malika z EAGI. Z lotniska zaczęłyśmy robić wszystko samodzielnie, wzięłyśmy airbus, potem metro do GREYHOUND (dworzec USA). Czas był już 14:35. Postanowiłyśmy zostać do wieczora, kupiłyśmy bilet na najpóźniejszy rejs do Bostonu i poszłyśmy do 10 spacerować po Nowym Jorku. Nie mogłam się doczekać, by wyjść i w końcu zobaczyć to miasto marzeń na własne oczy, te żółte taksówki, te wysokie budynki, szalony rytm, tłum turystów. To było nie do opisania uczucie. Niespiące, zmęczone błądziłyśmy po mieście w poszukiwaniu wi-fi, swoją drogą z wi-fi tam ciężko. Poszłyśmy na Times Square, w biegu spałyśmy. Dopiero dotarłszy do biblioteki narodowej, mogłam wyjść na kontakt z tym dziadkiem, napisałam cały nasz lot i że wieczorem wyjeżdżamy do Bostonu, kiedy napisał, że pewnie jesteśmy bardzo zmęczone, głodne i zaproponował zabrać z Bostonu do przystanku Sagamore, i tam nas spotka, byłam mile zaskoczona. I nieprzyjemne myśli oczywiście nachodziły, że nieznajomy człowiek jest tak miły dla mnie i tak się martwi. Jak to mówią, kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana. Według takiej zasady zrobiłam. Pracownicy dworca sami nie wiedzieli o mieście Sandwich, dziwili się i śmiali: „A gdzie to?!”, „A miasto tak się nazywa?!”. Na mapie rozeznawszy się, ruszyłyśmy w drogę. Zaczynały się przygody, zgubienie biletów, a autobus już rusza. I to już nie Kazachstan, żeby poprosić kierowcę o poczekanie. Wyjechałyśmy o 5 rano, napisałam mu, że jedziemy i będziemy tam gdzieś około 7. Wysłałam wiadomość za późno i wcześnie o 4 rano, myślałam, że może nie przeczytać. O 7 rano wysadzili nas nie wiadomo gdzie. Żadnych budynków, wkoło nikogo i tylko w pobliżu widać było “McDonald’s”. Było chłodno. Nie wiedziałyśmy już, co robić, ani internetu, ani numeru. Już, już miałyśmy ruszyć w stronę “McDonald’s”, i nagle podjeżdża samochód. To był on – Bill. Zabrał nas do siebie do domu. Dom był szykowny, wszystko jak w kinie, przedstawił z żoną Trishą. W końcu odświeżywszy się, pojechaliśmy do Dunkin Donuts. Nasz menedżer poradził jechać do Hyannis do sąsiedniego miasta. A ten Dunkin jest mały i oni nie mają czasu, żeby nas szkolić. Na początku byłam przeciw. Ale kiedy Bill i Trisha zawieźli mnie tam, zobaczywszy miasto, zgodziłam się przeprowadzić. Bill i Trisha wozili swoim samochodem, pokazywali miasto, gotowaliśmy razem barbecue, lazanię. Byli bardzo mili. I wkrótce stali się moimi amerykańskimi rodzicami. Zaczęłam nazywać ich daddy and mommy.
4 czerwca... Już zaczęłam pracę. Na początku ciężko było zaadaptować się do nowego środowiska, pracy. W Hyannis w pierwszym tygodniu mieszkaliśmy z Hiszpanami, których znalazł znajomy człowiek. Dom znajdował się bardzo daleko od pracy i warunki nie bardzo odpowiadały. Do końca terminu pieniędzy planowaliśmy się wyprowadzić, a w następnym tygodniu miała przyjechać trzecia dziewczyna. I pewnego dnia zaproponowałam Malice poszukać, zapukać i przejść się po wszystkich domach położonych blisko pracy. Poprosiłyśmy naszą gospodynię Hiszpankę podwieźć pod Dunkin Donuts. Zaczęłyśmy pukać do wszystkich domów, pytać, czy mają miejsca lub czy znają kogoś, kto wynajmuje pokoje. To było fajne. Amerykanie normalnie wszystko przyjmowali, niektórzy przepraszali i proponowali wejść na herbatę, jeśli pies zaczynał szczekać w jakimś domu, od razu uciekałyśmy, i w ogóle nie planowałyśmy mieszkać ze zwierzętami domowymi. Boję się ich. Nic nie znalazłyśmy. Usiadłyśmy odpocząć przy stacji obsługi, nagle jakiś czarnoskóry mężczyzna zaczął nas wołać do siebie. „Hey, listen me come here, come here” i zaczął wyjaśniać, że ma mieszkanie, z tyłu darmowy basen, playstation, pralnię, bieżnię, internet i on w zasadzie nie zajmuje się wynajmem pokoi, ale musi poradzić się swojej dziewczyny. Wymieniliśmy się numerami, po kilku godzinach zabrał nas i pokazał dom. Wszystko się podobało. W następnym tygodniu przeprowadziłyśmy się do niego i zaczęłyśmy mieszkać z Jamajczykami. Opłata nie była bardzo wysoka, w porównaniu i biorąc pod uwagę nasze warunki.
Stopniowo zaczęłam przyzwyczajać się do wszystkiego i już pojawiło się pragnienie znalezienia drugiej pracy. W Dunkin pracowałam od 5 rano do 3 po południu i reszta czasu zostawała wolna. Dunkin Donuts – to firma, która sprzedaje pączki, kawę, kanapki, szejki, lody itd. Głównie stałam przy kasie. Plus były napiwki.
12 czerwca... Miałam day off (dzień wolny), dowiedziałam się, że w sąsiednim mieście Harwich Port wieczorem wolontariusze J1 organizują kolację na cześć wszystkich międzynarodowych studentów. Przychodzili wszyscy studenci J1 ze wszystkich krajów, poznawali się, grali w gry, rozlosowywano prezenty, było pyszne jedzenie, opowiadali o zasadach bezpieczeństwa na drodze. Było bardzo wesoło. W czerwcu organizowali takie dwie duże kolacje. Drugi raz był 24 czerwca, na moje szczęście i tym razem odpoczywałam. Amerykanie – to bardzo przyjazny, uśmiechnięty i miły naród. Nie wierzyłam swojemu szczęściu i że to wszystko dzieje się ze mną. Na kolacji poznałam Catherine i Matta, pomagali wszystkim studentom, kiedy potrzebna była pomoc, spędzali z nimi czas, spacerowali. Stali się mi bardzo bliscy i nazywali swoją córką „Our beautiful daughter”. Razem jeździliśmy do Wrentham village (raj dla zakupoholików). Na drugiej kolacji jechałam razem z nimi pomóc z wystrojem, jedzeniem i w furgonetce poznałam dwie dziewczyny z Aktobe z Sam i June. To ich amerykańskie imiona. Okazało się, że mieszkały niedaleko ode mnie u pana Richarda, który ma jednego dużego i małego psa oraz ogromnego kota. Zaprzyjaźniłam się z nimi i zaczęły mnie zapraszać w gości. Gotowały beszbarmak, barszcz. Zamykały wszystkie trzy zwierzęta domowe w łazience, kiedy przychodziłam. Wkrótce z panem Richardem staliśmy się bardzo dobrymi przyjaciółmi. Razem jeździliśmy pod koniec lata do kina pod gołym niebem, to było magiczne. Do tej pory codziennie rozmawiamy przez Skype, niedawno przysłał mi paczkę.
A jeszcze na kolacji poznaliśmy Jeffa i Denise. I oni zapraszali nas do siebie, z Sam i June. W naszym mieście był specjalny darmowy klub dla studentów z Rosji i Kazachstanu, gdzie wystarczy pokazać swój paszport. 29 czerwca spędziliśmy czas w klubie do 3 nad ranem, a o 5 na najwcześniejszy autobus musieliśmy być na dworcu, żeby pojechać do Jeffa i Denise w gości do Orleans. Fajny mieli transport publiczny, za 2$ możesz objechać całe sąsiednie miasto. I tak w 2 godziny dojechaliśmy, Jeff spotkał nas w Orleans i zawiózł do siebie do domu w Wellfleet. Wszystkie miasta w zasadzie znajdowały się niedaleko od siebie samochodem. Możecie zobaczyć mapę Cape Cod, ja też, kiedy jechałam, nie miałam pojęcia, dokąd jadę. A kiedy się dowiedziałam, byłam zadowolona, że właśnie do tego historycznego miejsca udało mi się przyjechać, także dokąd przesiedlili się pierwsi Anglicy. Wozili nas po wszystkich historycznych miejscach Cape. Zrobiliśmy zakupy w supermarkecie i poszliśmy na piknik do parku w Provincetown. Inna atmosfera, piękna przyroda, miłe towarzystwo. Ten dzień jest jednym z najszczęśliwszych dni lata...
1 lipca. Rozpoczęłam swoją drugą pracę w supermarkecie Stop and Shop, na stanowisku bagger (wkładałam wszystkie kupione produkty do toreb przy kasie, nie taka trudna praca). Drugą pracę dość długo szukałam. Szukałam sama, chodziłam po sklepach, po całym mieście objechałam wszystkie miejsca na rowerze. Słusznie jednak się nastawiłam na początku, że znajdę drugą pracę blisko domu, żeby było szybciej dojeżdżać i o 5 minut dłużej pospać. Miałam szczęście, mieszkałam 8 minut (na rowerze) od domu do pierwszej pracy i 2 minuty od pierwszej pracy do drugiej. Od 5 rano do 10 wieczorem dzień był wypełniony, oprócz wtorku i piątku. Mimo wszystko to, często po pracy wychodziliśmy spacerować i bawiliśmy się do późna, a rano wstawaliśmy wcześnie znowu do pracy. Ale nie czułam ani odrobiny zmęczenia. Byłam szczęśliwa, żyłam w swoim marzeniu.
Jak już mówiłam, Amerykanie – to miły naród, albo tylko tacy mi się trafiali, ze wszystkimi stałymi klientami byłam w dobrych ludzkich relacjach. Znałam na pamięć wszystkie ich zamówienia. Ile cukru, jaki flavor. Tak poznałam pana Jima. Jeździliśmy też do sąsiednich miast, woził spróbować postrzelać w „Shooting club”. Dobry człowiek, zawsze lubił żartować i za każdym razem pytał: „Przyjedziesz w przyszłym roku?!”, „Będziesz pisać listy?!”. Tak oto krąg moich amerykańskich przyjaciół się rozszerzał.
W drugiej pracy rosyjskojęzycznych było mało, na mojej zmianie praktycznie nie było, co było mi na rękę. Mogłam praktykować swój angielski. Komunikowałam się z chłopakami z Bułgarii, Macedonii, Albanii, Jamajki itd. Pracując razem przy kasie, dobrze dogadywaliśmy się z Payden. Byliśmy rówieśnikami. Pracowała w dwóch pracach, druga praca była w pond (mała plaża) jako ratownik. Większość ludzi miała po 2–3 prace, jak zauważyłam. W dni wolne chodziłam odwiedzać ją i przy okazji popływać. Kiedyś zapytałam ją, co to jest Six Flags, ponieważ u nas w pracy były kupony zniżkowe w to miejsce. W miejsce, gdzie zapewniona jest adrenalina, dobry nastrój na cały dzień. To – amerykańskie górki i atrakcje. Od razu umówiliśmy się, że koniecznie musimy razem pojechać.
25 lipca... Zaprosiła mnie do domu w gości do West Barnstable, i na następny dzień pojechaliśmy do New England. To było obłędne. Nie zostało ani jednej górki, ani jednej atrakcji, której nie próbowaliśmy. Nigdy nie zapomnę tego dnia. Do tej pory dziękuję jej za to.
W weekendy amerykańscy rodzice zabierali mnie do siebie albo na lunche i kolacje. 2 razy zabrali mnie do Bostonu, za drugim razem jeździliśmy oglądać tylko uniwersytety, jak Boston University, MIT, Cambridge itd. Mój amerykański daddy był bardzo oczytany, mądry. Starał się wszystko wyjaśniać, opowiadać historie. Niejednokrotnie pytał o moich wrażeniach o Ameryce, o naszych tradycjach, kraju, był bardzo ciekawy, chciał zawsze wiedzieć, co mi się nie podoba, co podoba się w tym kraju. Wiem, piszę dużo drobiazgów, staram się pisać najważniejsze momenty i maksymalnie skracam, ale bardzo chcę podzielić się z wami o wszystkim. Dziękuję IEC za taką możliwość, nijak nie mogłam usiąść i zacząć tę opowieść, chociaż prowadziłam elektroniczny dziennik każdego dnia w stanach. Fotografowałam wszystko i każdą minutę. Będę rada, jeśli moja opowieść wszystkim się spodoba i zostanie w historii na cześć 25-lecia IEC. Nachodziły myśli napisać książkę, mam nadzieję, że jednak zrealizuję ten pomysł i to będzie tylko mała część dużej opowieści. Teraz jednym z moich wielkich celów jest nakręcenie filmu o tym bajkowym życiu, które było moim marzeniem.
Spełniło się jedno dawne marzenie świętowania niezapomnianych urodzin w USA. I oto 4 września świętowałam swoje dwudziestolecie w stanach. Moi amerykańscy rodzice podarowali kolację w restauracji w Denis i pamiątkę zrobioną przez samą mamę. Tacie na urodziny zrobiłam niespodziankę, przyjechałam nie mówiąc mu do Sandwich i podarowałam nasze ogromne zdjęcie na tle flagi Kazachstanu i USA. Całe lato było bajkowe. Wszystkie te odczucia, uczucie strachu, niepewności, radości i szczęścia. Nowi przyjaciele, inne środowisko. I nasi kazachscy studenci często zbierali się wieczorami, ale powiem szczerze, rzadko rozmawiałam, nie przesiadywałam długo z nimi. Nie widziałam żadnego sensu, przyjechawszy do stanów, rozmawiać w swoim języku. I w Dunkin Donuts 80% studenci byli z Rosji i Kazachstanu, żadnej praktyki nie było. I uważałam za potrzebne komunikować się więcej z moimi amerykańskimi przyjaciółmi. Nie było ani jednej zmarnowanej minuty i sekundy. Jeszcze zbieraliśmy się z przyjaciółmi z couchsurfingu w kawiarni, chodziliśmy słuchać muzyki na żywo, zbieraliśmy się w barach. Charles – mój przyjaciel, którego znalazłam również w couch. Miał swoją farmę, zapraszał do siebie i miał film produkcji kazachskiej, który razem oglądaliśmy.
Jeśli opowiedzieć o moich podróżach, ja z przyjaciółką Sam pojechałam na zachód, niełatwo było nam się na to zdecydować ze względu na krótki termin, bilet powrotny ona miała o 10 dni wcześniej. Udało nam się wszystko poprawnie zaplanować. I wyruszyliśmy do San Francisco, Las Vegas i Los Angeles. To były naprawdę przygody na całe życie. Jak biegaliśmy po lotniskach, po autobusach, w metrze. Kupowaliśmy bilety na autobusy prosto w greyhound przez internet (tak wychodzi o wiele taniej) i prosiliśmy pracowników dworca wydrukować nam. W San Francisco zostawiliśmy bagaże przyjaciółki, kupiliśmy bilet na 11 w nocy i wyruszyliśmy oglądać most „Złote Wrota”, nie mieliśmy pojęcia, że tam jedzie, jak wracać z powrotem na dworzec i czasu mało zostawało. Mimo to pojechaliśmy. Baliśmy się, że możemy się spóźnić, nie znaliśmy rozkładu autobusów. Ale najważniejsze, zdążyliśmy się fotografować, przypadkowo poznaliśmy jednego Araba podróżnika z Dubaju, prosił sfotografować go, a my do niego takie: wiecie, my się śpieszymy, mamy mało czasu, zaczął wypytywać i powiedział, że ma wynajęty samochód i może nas z radością podwieźć do potrzebnego miejsca. Gdyby nie on, na pewno byśmy się spóźnili. Od 7 rano nic niejedzące, strasznie zgłodniałyśmy, w samolocie jedzenie nie wchodziło w cenę biletu. Zostawało jeszcze pół godziny, szukaliśmy sklepów, nic takiego nie widzieliśmy. Wbiegliśmy do jednej restauracji, chyba elitarnej, widzielibyście nasz wygląd, szorty, trampki, bluza w rękach torba, kelner zobaczywszy nas aż się przestraszył i spojrzał takim wzrokiem jak „Co wy tu zgubiłyście?”...
Z biletami jak my robić nie warto, z SF do Las Vegas wtedy skończyły się bilety, trzeba było jechać przez Los Angeles, musieliśmy w każdym razie jechać do LA na końcu, ponieważ nasz bilet powrotny do Bostonu był z LA. W Los Angeles znalazłam na stronie Palaka z Indii, przeprowadził się niedawno z Nowego Jorku do pracy. Napisał, że z przyjemnością przyjmie nas. Złożyło się nawet tak, że był w Vegas w ten sam dzień, kiedy przyjechaliśmy. Spotkał nas, zawiózł do centrum miasta i nawet zabrał nasze bagaże do Los Angeles. Tak, tak, ufałam wszystkim, choć widzę go pierwszy raz w życiu, ale intuicja mnie nie zawodziła. Pospacerowaliśmy po Las Vegas. Fantastyczne miasto. Wchodzisz do jednego hotelu, zapominasz o wszystkim. Kasyno, Bellagio, Caesars Palace...
8 września... Rano Palak teraz spotkał nas w Los Angeles. Wszystko, co widziałaś do tego w telewizorze, teraz przed twoimi oczami. “Universal pictures”, “Hollywood walk of fame”, “Hollywood”, najlepszy na świecie “Disneyland”, braliśmy wycieczkę, gdzie pokazują domy wszystkich hollywoodzkich gwiazd w Beverly Hills jak Bruno Mars, Johnny Depp, Avril Lavigne, Tom Cruise, Jennifer Lopez, dom, gdzie zginął wielki piosenkarz Michael Jackson, hotel, gdzie z życiem pożegnała się Whitney Houston i wielu innych.
11 września... Z podróży przyjechałam do swojego rodzinnego Hyannis, a przyjaciółka wyjechała do Nowego Jorku. Pobyt tam 3–4 dni sprawiał, że robiło mi się smutno, że wszyscy studenci wyjechali, kto do domu, kto podróżować, wszyscy turyści rozjechali się. I zebrałam wszystkie swoje rzeczy, nie doczekałam się Saltanat, na którą czekałam, pożegnałam się z każdym z osobna i postanowiłam wyjechać. Wszyscy przyjeżdżali życzyć mi powodzenia, podarowali suweniry. To było bardzo miłe. Było smutno uświadamiać sobie, że wszystko się skończyło. Kiedy Matt i Catherine mnie ostatni raz żegnali, Matt miał łzy w oczach. Powiedział: „Gdziekolwiek byś była, będę się modlić, żeby z tobą wszystko było dobrze”...
Najważniejsze kupiłam bilet z Bostonu do Nowego Jorku, a z Hyannis do Bostonu myślałam, że najpóźniejszy o 10, a okazało się o 8, czas był już 6 wieczorem, dziękuję panu Richardowi, że zabierając mnie, przypomniał i zaproponował najpierw kupić bilet, a nie zabierać bagaże. Zmieściłam się w 2 godziny, zrobiłam wszystko co niezbędne, wchodziłam do Dunkin i do Stop and Shop pożegnać się z kolegami i bez 10 minut byłam na dworcu. Pan Richard pocałował mnie w czoło i pożegnał się. Uczucie, że może nigdy tu nie wrócę i może już nigdy tych ludzi więcej nie zobaczę, zabijało mnie od środka. Długo się do tego przygotowywałam...
16 września... Kiedy byłam w Cape, pisał do mnie jeden chłopak z Kazachstanu, który uczy się w NY. Pisał, że chce przekazać do KZ coś przez mnie. I może spotkać, jeśli jestem sama. O 5 rano z dwoma bagażami, z niezarezerwowanym hotelem, ani przyjaciół, ani witających, byłam już w Nowym Jorku. Znowu zaufałam nieznajomemu mi człowiekowi. Ciągle go nie było, i tu widząc śpiących wielu bezdomnych czarnoskórych na dworcu, zrobiło mi się trochę strasznie. Nie wiedziałam, co robić. Wymyślałam warianty. Chodziłam wkoło. Myślałam, teraz oddam rzeczy do przechowalni i pójdę spacerować. Tam spotkałam dwie dziewczyny uczestniczki work and travel, ucieszyłam się widząc je, zagadałyśmy się. Całą noc nie spały, spacerując po NY i przyszły odebrać swoje bagaże. Miał się otworzyć o 7 rano. Bliżej 7, choć z opóźnieniem, ten chłopak przyszedł. Pomógł z bagażami i zawiózł do siebie do domu. Przyjechaliśmy do Brooklynu, w mieszkaniu byli sami Kazachowie, i dziewczyny, i chłopaki. Przypomniałam sobie głównego bohatera filmu „Salam, Nowy Jork”. Tego samego dnia wyszłam spacerować. Chodziłam po sklepach, kupowałam suweniry w Chinatown. Na 17 września mieliśmy kupioną 3-dniową wycieczkę do Niagara Falls, Waszyngtonu i do Filadelfii. Rano przyjechała Saltanat z Cape i dwie dziewczyny z Rosji miały jechać z nami. Jeśli kupować razem, wychodzi taniej. I we czwórkę wyruszyliśmy w drogę. Było bardzo dużo zapadających w pamięć momentów, najbardziej zapamiętałam, kiedy dziewczyny zeszły na śniadanie, myśląc, że jest wliczone, nie mogłam ich przekonać i zdecydowałam, że pewnie jednak mają rację, już, już zaczęłam jeść, podeszła kelnerka i zapytała, czy policzyć wszystkim razem czy osobno. Aisza zastygła ze swoim ciastkiem w ustach. Saltanat załadowała swoje bagaże, nalegając, nie do tego autobusu, fakt, że kierowca nie ten, jej nie przekonał, a potem biegała za tym autobusem, jak najedli się w chińskiej kawiarni, gdzie płacisz 16$ i bierzesz wszystko, i zabrali ze sobą zawijając w serwetki, sami winni, torebek nie dali:). A jeszcze nasz autobus, nie doczekawszy się, zostawił nas w Waszyngtonie, trzeba było dostawać się pieszo do następnego punktu przeznaczenia. Teraz piszę i wspominam to wszystko, w oczach łzy i radość, że to wszystko zostało tylko wspomnieniem.
19 września... Przyjechawszy wieczorem do NY, umówiliśmy się zostawić wszystkie bagaże w jednym mieszkaniu w Brighton Beach i pójść spacerować do rana. Niestety plan się nie udał. Kobieta nie zgodziła się wziąć wszystkiego za 20$, dziewczyny z Rosji pojechały do swoich znajomych. My pojechaliśmy do swoich. Całą noc z 19 na 20 stałam w kolejce po iPhone 6. Widzielibyście tych Chińczyków, czuli się jak w domu, kartony, pledy, krzesła. I ja razem z nimi nocowałam do rana do otwarcia sklepu. Tego się nie spodziewałam, myślałam, że Apple store pracuje w nocy, kiedy wypuszczają nowe iPhone'y. Teraz przynajmniej jest co wspominać, siedziałam siedząc i spałam na ulicy w NY.
20 września... Został równo jeden dzień w mieście. Ten dzień poświęciłam atrakcjom, jak Statua Wolności, wyspa Ellis, byk na Wall Street, po nieznanych alejach, wieczorem w Madame Tussauds (manekiny hollywoodzkich gwiazd). Minus w tym, że kiedy spacerujesz sama – nie ma komu cię sfotografować. Oto i chodziłam prosiłam po kolei wszystkich sfotografować, samej jakoś niekomfortowo było. Czas był już 11 w nocy, nie wiedziałam jednej nocy, gdzie iść spacerować, komórka padła, zapasowej baterii nie było, do domu nie chciało się wracać. Poszłam na Times Square i po prostu siedziałam obserwowałam turystów, ludzi, rytm, fotografowałam się, w myślach żegnałam się z Ameryką. I tak fotografując się tam, poznałam dwóch chłopaków Emre i Orkun z Turcji, oni też byli studentami J1. Pracowali na Florydzie. Okazali się bardzo dobrzy, dołączyłam do nich. Chodziliśmy do znaków „Love” i „Hope”, najważniejsze, zgadzali się chodzić we wszystkie miejsca ze mną, mimo że już tam byli. Byłam już nieprzytomna, 4 dzień niespiąca, zasypiałam w metrze, Emre i Orkun budzili mnie na przystankach. O 4 nad ranem spacerując po Moście Brooklińskim, spotkaliśmy fajnego nowojorskiego policjanta, był taki dobry, że pozwolił sfotografować się w jego radiowozie, rozmawiał z nami.
21 września... Musiałam się podbudować. O 5 rano poszliśmy do Dunkin Donuts wypić kawę, po czym rozeszliśmy się. Musiałam wrócić do domu, zebrać rzeczy i przyjechać o 7 rano na Canal street, żeby pojechać do Empire State Building z Emre i Orkun. W Nowym Jorku ludzie wszyscy zajęci, nie tacy mili i przyjaźni. Mój samolot był tego samego dnia o 14:25. Doładowawszy pieniądze na kartę metra, zapomniałam jej w domu. Telefon padł, czas naglił, było już 8, spóźniałam się, nie wiedziałam, jak się z nim skontaktować, nie mogłam przejść do metra. Ale mimo wszystko przeszłam z pracownikiem metra, dotarłam, zadzwoniłam z telefonu jednego Meksykanina i w końcu znaleźliśmy się. Czułam się jak główna bohaterka nowojorskiego filmu. Znowu były problemy z kartą, maszyna nie przyjmuje dużych banknotów i przyjmuje tylko debit lub credit kartę, nie pamiętam. Dopóki Orkun nie mógł dojść z tym do ładu, metro podjechało, nie wiedziałam co robić, wyjechać czy zostać, ale czekać nie miałam czasu. Wskoczywszy do metra, krzyknęłam, że będę czekać tam. Zostało tylko 1,5 godziny na wszystko. Jak na złość dzień był pochmurny i z wysokości nic nie było widać, tylko chmury. Byłam wyczerpana, nierealnie zmęczona, i ludzi prosić sfotografować, a jak inni fotografują, wy lepiej ode mnie wiecie, rozmazane, krzywo, po pewnym czasie chmury się rozeszły. 2–3 godziny zostawało do lotu. Ale mimo zmęczenia, mimo wszystko to, nie chciałam tracić ani sekundy na marne, chciałam zobaczyć wszystko, przecież tyle czasu marzyłam dostać się tutaj. I byłoby głupio po prostu spać w domu. Chłopaki mnie wszędzie szukali, myśleli, że zaginęłam. Saltanat nawet okazuje się chciała zadzwonić do amerykańskich rodziców i zgłosić zaginięcie. Byli na nerwach, kiedy weszłam do domu. Lotnisko JFK. McDonald’s. Opóźnienie lotu. Całe zmęczenie skumulowało się i obudziłam się dopiero w Moskwie...
Bardzo tęsknię za tymi dniami, o niczym nie żałuję, chyba że nie pojechałam do Chicago, Miami, na Hawaje. I dla mnie staną się motywacją do powrotu. Mimo wszystko czasem myślę, gdybym pojechała i tamtego lata, mogłabym skończyć wszystko, co było w planach, bardzo chcę, żeby pojawiła się u mnie taka możliwość pojechać jeszcze raz. To były jedne z najlepszych dni w moim życiu. Ten program to naprawdę wspaniała możliwość poprawić angielski, poznać amerykańską kulturę, zdobyć przyjaciół z całego świata, przedstawić swój kraj, otrzymać bagaż doświadczeń i wiedzy w sferze amerykańskiego biznesu, poszerzyć horyzonty, rozwijać zdolności komunikacyjne, zobaczyć świat i doświadczyć na sobie wszystkich jego niebezpieczeństw, a jeszcze i podzarobić. Jestem wdzięczna przede wszystkim Najwyższemu, rodzicom i wszystkim, którzy byli ze mną przez całe lato, moim amerykańskim rodzicom, przyjaciołom i IEC za “One of the best part of my life”. Bóg widział wszystko, moje niepowodzenia, mój zapał do swojego marzenia i że nie poddawałam się, mimo wszystko. I tego lata zrekompensował wszystko to, wysyłając mi wszystkich nieznajomych, dobrych ludzi w moje życie i podarował tyle wspaniałych przyjaciół w tym okresie, z którymi do dziś rozmawiam i otrzymuję listy. Teraz wiem, że tam na mnie czekają. Tyle nieznajomych po prostu mi pomagało. Byłam pełna odczuć i czułam bezmierną wdzięczność za wszystko, co mnie otacza. Żyłam i cieszyłam się. Tego słowami nie da się przekazać.
Od moich pierwszych dni studenckich moje życie było związane z IEC i to, co stało się ze mną, odbieram dla siebie tylko jako próbę, którą trzeba było godnie przejść. Teraz staram się pomagać wszystkim studentom, którzy chcą pojechać do Ameryki, swoimi radami, spotykam się z nimi, wyjaśniam wszystko. Tym przekazuję otrzymane dobro innym. Od Amerykanów nauczyłam się jednego – bezinteresownie pomagać ludziom. Wiem, że wielu studentów miało niezapomniane wakacje w Ameryce i cieszę się za was wszystkich. Przecież Ameryka – to marzenie wielu. Przecież każdy z nas odkrył swoją Amerykę. Wierzcie, marzcie, wcielajcie. Dziękuję za to, że doczytaliście do końca.
To, w co wierzycie i czego oczekujecie całą duszą i całym sercem, na pewno się wydarzy. Frank Lloyd Wright
P.S: Udowodnione.


