No cóż... W końcu przyleciałam do San Fran... Musiałam znaleźć przystanek autobusowy, z którego dojadę na ulicę, przy której będę mieszkać... Okazało się to dość trudne... Obiegłam swój terminal ze 4 razy w poszukiwaniu... ale wszystko na próżno... Zdecydowałam się jednak skorzystać z pomocy Information desk... Podeszłam i pytam: "How can i get to Broadway str?" Na co rozłożyli przede mną mapę i zaczęli pokazywać, gdzie powinnam trafić... gdzie teraz jestem... gdzie powinnam złapać taksówkę lotniskową... ile to będzie kosztować... (uwielbiam Amerykanów, bo zawsze są gotowi ci pomóc i prawie że odprowadzić do domu)
Znalazłam przystanek tej taksówki... wsiadłam i pojechałam, podziwiając ulice San Francisco za oknem... Od pierwszego wejrzenia spodobało mi się to miasto... Swoimi pagórkowatymi drogami... Ludźmi... Graffiti... Sklepami...
Przyjechałam na miejsce, gdzie mieli na mnie czekać... weszłam na podwórko, usiadłam na ławce i zrozumiałam, że wokół sami Rosjanie... dziadkowie i babcie...
Po 1,5 godziny przyszła kobieta, u której miałyśmy mieszkać... Hura... łzy popłynęły same z siebie, bo uświadomiłam sobie, że znowu jestem w kraju, do którego przez cały rok marzyłam wrócić... Hura
Dostałam kartę telefoniczną... Wykonałam telefony do Rosji i zasiadłam do komputera...
Potem podjechaliśmy do znajomej kobiety dowiedzieć się o pracę...
Ale niestety...
Wieczorem położyłam się spać, przepełniona uczuciami i emocjami...
Zaczął się nowy etap... Tutaj mam przeżyć 5 miesięcy... jak to wszystko będzie... co mnie czeka... Mmm...

