26 maja, wylot do Ameryki, z przesiadką w Londynie. British Airways, nawet nie myślałam, że polecę tak komfortowym samolotem. Od Nowego Jorku, miasta, w którym chciałam być bardziej niż w życiu, dzieliło mnie kilka tysięcy kilometrów. I wszystko, co mi pozostało, to przelecieć kilka godzin, a marzenie stanie się rzeczywistością. Rzecz w tym, że panicznie boję się latać! I po raz kolejny, znajdując się w samolocie, stałam się najbardziej wierzącą osobą! Chociaż tylko to pomagało mi przezwyciężyć strach. Mój krzyżyk, wisiorek i prezent od rodziców, pierścionek – wszystko, czego potrzebowałam! Do Londynu jeszcze dawałam radę, lot trwał tylko około czterech godzin. Towarzystwo też było niezłe, młody człowiek, który leciał w tym samym programie co ja. Wspierał mnie, jak tylko mógł! Jestem gotowa być za to wdzięczna wiecznie! Zostało najmniejsze: przelecieć nad Oceanem Atlantyckim!
Podwozie dotknęło pasa, samolot zaczął gwałtownie zwalniać... Nie do opisania uczucie. Jestem w Nowym Jorku! To było tylko lotnisko im. Johna Fitzgeralda Kennedy'ego, ale byłam szalenie szczęśliwa, być może dlatego, że byłam już na ziemi. Mój pierwszy sprawdzian – komunikacja z pracownikiem na granicy. Wtedy zrozumiałam, jak bardzo niepewny był mój angielski, bardzo trudno się zorientować, gdy osoba stojąca obok ciebie płynnie mówi po angielsku. Taki stres, ale poradziłam sobie. Lotnisko okazało się dla mnie niełatwym wyzwaniem. A wszystko dlatego, że przed wylotem naczytałam się opinii o tym, jak gubią bagaż. I co myślicie? Na taśmie odbioru bagażu nie znalazłam swojej torby. Tak się starałam, przyczepiałam wstążki identyfikacyjne, żeby z kupy czarnych toreb błyskawicznie znaleźć swoją i zdążyć na ostatni autobus do Manhattanu. Spojrzałam na chłopaków, z którymi poznaliśmy się w samolocie i już na granicy, wszyscy wyglądali na zadowolonych i stali ze swoim bagażem. A ja jestem zwycięzcą życia! Mimo wszystko trzeba będzie pisać oświadczenie... i, hura! Spod góry toreb wyjrzała czerwona wstążka, pobiegłam jak oparzona sprawdzić i... pierwszy sprawdzian zaliczony, mój bagaż jest na miejscu, jestem zadowolona, w Nowym Jorku, wydawałoby się, co może być gorszego? Nic, prawda!
Dasza, Ania (przejdę jednak na imiona, inaczej będzie trudno) i ja szybko pobiegłyśmy do wyjścia, ostatni autobus do Manhattanu jest o 10:45 pm, jeśli na niego nie zdążymy, to perspektywa spędzenia półtorej godziny w nowojorskim metrze lub oddania 52 dolarów plus napiwek taksówkarzowi nas nie pociągała. Ale gdy tylko zobaczyłyśmy stojący obok autobus, poczułyśmy ulgę. Oddałyśmy tylko 16 dolarów i maksymalnie w czterdzieści minut znalazłyśmy się na Penn Station, całkiem blisko znajdował się nasz Hotel Pennsylvania, w którym w ramach full-service zaproponowano nam zamieszkać na dwa dni, no i pomoc w uzyskaniu Social Security Number z orientacją w programie w dodatku.
