Marzenia się spełniają
„Do tej pory nie wierzę, że po półtora roku marzeń i oczekiwań udało mi się rzucić wszystko i wyjechać.
Wyjechać na drugą stronę globu. Sam.
Po prostu wziąć i zrobić to, co trzeba.
Między mną a wszystkimi znanymi mi ludźmi będzie Ocean Atlantycki, kilka krajów, 8 godzin i 10 tysięcy kilometrów; tylko niebo, bezkresne i czyste niebo będzie naszym wspólnym.
Za wszystko trzeba płacić. Pewnie to jest cena wolności. Pewnie tę cenę płacą wszyscy, którzy czegoś naprawdę chcą. Widocznie to jest cena prawdziwego życia.”
27 maja 2014 r.
Wyleciałem z Moskwy o 2 po południu, lot trwał 10 godzin, ale strefy czasowe „zjadły” 8 z nich, więc Nowy Jork przywitał mnie o 4 po południu tego samego dnia) Po umyciu głowy w toalecie na lotnisku, szczęśliwy, ale trochę w szoku, wyszedłem z torbami na Penn Station i wsiadłem do złego pociągu metra (przez co zapłaciłem 13,25 $ zamiast należnego dolara z hakiem). Przyznam, że lotnisko i atmosfera na stacji metra nie były tym, czego oczekiwałem od miasta, do którego chce pojechać zdecydowana większość ludzi. Ale wystarczyło wyjść na stacji „42nd Street”...
„O BOŻE, TO PRZECIEŻ MANHATTAN, PATRZCIE, PATRZCIE, MAMO, JESTEM W NOWYM JORKU, MAMO, MAMO, JESTEM W NOWYM JORKU” – mniej więcej tak wyglądała moja twarz i dokładnie tak się czułem, kiedy wyszedłem ze stacji metra na ulicę: legendarne budynki, tłumy turystów i mieszkańców, pizza za dolara, ulice, samo powietrze! A w głowie gra piosenka Jay-Z o Nowym Jorku, której uroczyście przysiągłem się nauczyć, jeśli dostanę wizę)
Nagle zrozumiałem, że marzenia się spełniają; zrozumiałem, że niewiele może zepsuć moją przygodę; zrozumiałem, że to lato będzie wyjątkowe.
I do tej pory uważam, że wyjazd z Work and Travel to chyba najodważniejsza i najbardziej potrzebna rzecz, jaką zrobiłem w swoim życiu.
Porada: Nie wyrzucajcie karty na metro. Jeszcze wam się przyda – w każdym razie, w drogę powrotną do domu też będziecie lecieć z Nowego Jorku.
