Należę do osób, które wydają się towarzyskie, ale czasem bardzo długo wchodzą w nowe środowiska. Akademik, w którym mieszkało 3 Bułgarów i kilku Amerykanów, stał się dla mnie miejscem zupełnie obcym: spałem do południa, pracowałem cały wieczór, a potem pisałem w pamiętniku o nudnych dniach, w których nic się nie działo. Niby próbowałem jakoś rozmawiać z tymi ludźmi, ale nie bardzo mnie do nich ciągnęło. Niby byłem z nimi, a jednak daleko.
Ale potem w moim życiu pojawiła się ta dziewczyna z Bułgarii o imieniu Mirosława (ta po prawej). Pewnego dnia, przysiadłszy się do mnie w niezbyt trzeźwym stanie, powiedziała bardzo mądre rzeczy, które zapamiętałem na całe lato. I do dziś pamiętam. Nic nadprzyrodzonego. Po prostu próbowała zainspirować mnie do czegoś więcej niż tylko ciągłe siedzenie przed telewizorem z telefonem. Z jej opowieści wynikało, że miała jeszcze więcej problemów niż ja. A dokładniej, dług znacznie większy od mojego, ale wcale się nie załamywała, tylko pracowała i cieszyła się życiem. Być może to właśnie mnie zmotywowało, naładowało mój organizm na kolejne miesiące, żebym czerpał maksimum ze wszystkiego, co widzę wokół. I właśnie to maksimum czerpałem. Nie byłem już taki samotny, bo więcej rozmawiałem z otoczeniem. Nauczyłem się nawet jeździć na rowerze. Tak, wcześniej nie umiałem! Mira właśnie mnie tego nauczyła.
A poprzez poradę nr 14 chcę po prostu, żebyście jeszcze raz przeczytali to, o czym mówiła Mirosława, i dobrze przemyśleli te słowa.

