"Ostatni tydzień... tak szybko"
Zaczynaliśmy ostatnie dni na Cape Cod, kiedy zaczęły spływać pierwsze telefony od amerykańskich przyjaciół, że wyjeżdżają i przyjadą się pożegnać.
"Już???"
Czułam się nieswojo.
Przewijałam w myślach całe lato i nie mogłam zrozumieć, jak to wszystko tak szybko minęło.
Danny przyjechał, spędziliśmy razem około 2 godzin, a potem poszliśmy do samochodu i przytuliliśmy się na pożegnanie. Długo nie mógł wsiąść do auta. Wszyscy płakali. Włączył smutną piosenkę "lead me out of the dark" i powoli zaczął odjeżdżać. Patrzyliśmy, jak odjeżdża w dal i śpiewaliśmy razem z nim.
Zrobiło się bardzo smutno.
Kilka dni później wyjechali moi bliscy: Ajka, Masza i Natasza.
Powiedzieć, że było smutno i pusto, to nic nie powiedzieć.
Przychodziłam do pracy, a staff stawał się coraz mniejszy.
Z każdym dniem ludzie wyjeżdżali i wyjeżdżali.
W ostatnie dni pracy w parkach było mało ludzi, siedziałam i wspominałam to cudowne lato...
2.09 odlatywałam do Miami.
Musiałam się ze wszystkimi pożegnać, ale pocieszałam się tylko tym, że na pewno kiedyś się spotkamy.
Tak wiele słów zostało powiedzianych, tak wiele łez wylanych... Nawet nie chciało mi się już lecieć do Miami... w środku było pusto...
Została tylko jedna osoba... Bliska i droga, z którą spotkaliśmy się w Miami... ale reszty już nigdy nie widziałam.
Kiedy będziecie w Ameryce... doceńcie każdą chwilę... doceńcie czas i ludzi wokół... niestety, to wszystko przeminie...

