Cześć wszystkim! Minęły cztery miesiące, odkąd wróciłam z USA. Chcę podzielić się swoimi wrażeniami, ale ponieważ robię to już po powrocie, nazwę to notatkami „pozaSTANOWYMI”.
Zacznę może od tradycyjnego przedstawienia się. Mam na imię Lera. Mam 19 lat. Studiuję na tłumacza języka angielskiego w Królewcu. Wybrałam ten kierunek nieprzypadkowo. Jestem szaloną fanką języka angielskiego, tak, tak! Od dzieciństwa marzyłam i szalenie czekałam na ten „D-Day”, kiedy zacznę uczyć się angielskiego. I w końcu pewnego dnia ten dzień nadszedł. I to była... miłość od pierwszego wejrzenia! Od tamtej pory z angielskim się nie rozstajemy, a stopniowo, studiując mapę świata, zrodziło się we mnie naturalne pragnienie, by pojechać do anglojęzycznego kraju...
Minęło trochę czasu i oto jestem studentką wydziału lingwistyki i komunikacji międzykulturowej. W pierwszym semestrze nie mogłam uwierzyć, że mam tyle przedmiotów i wszystkie kręcą się wokół mojego ukochanego języka (uszczypnijcie mnie). No a potem świadomość, że to wszystko jest rzeczywistością, oczywiście przyszła, ale nie spieszyła się zbytnio. Później dowiedziałam się o programie Work and Travel USA. Mojej radości, oczywiście, nie było końca. Poszłam na spotkanie organizacyjne, gdzie opowiadano o warunkach programu, uczestnicy z poprzednich lat dzielili się doświadczeniami i wrażeniami. I zapaliłam się! Wiecie, inaczej być nie mogło. Moi rodzice poparli pomysł wyjazdu do Stanów, ale pojawiła się kwestia pieniędzy – opłata za program. Długo nie myśląc, wygooglowałam i znalazłam wyjście. Zbierając niezbędne dokumenty, wzięłam pożyczkę, z warunkiem, że popracuję w Stanach i ją zwrócę. Wszystko, decyzja podjęta ostatecznie: pakuję walizki i naprzód, na spotkanie z Ameryką. A przed nami...
A przed nami czekał długi etap szukania pracy, rozmów w Konsulacie, otrzymania wizy, a dopiero potem długo wyczekiwany samolot. Z szukaniem pracy miałam problem: pracodawca wziął tych chłopaków, z którymi miałam jechać, a mi odmówił, długo sama szukałam pracy, dużo czasu zajęło sprawdzenie oferty, mnóstwo papierkowej roboty. I wreszcie, w maju, w jeden z ostatnich dni rozmów kwalifikacyjnych usłyszałam upragnione zdanie „I approve your visa”, i w tym momencie wszystko się zmieniło. Wcześniej szukałam pracy, zbierałam dokumenty, jechałam na rozmowę do Moskwy, nie licząc na nic specjalnego. Nie to, żebym nie była pewna pracodawcy czy siebie, po prostu nie wierzyłam, że za 3 tygodnie mogę znaleźć się tam, za oceanem, włóczyć się po ulicach Nowego Jorku, a potem pojechać do spokojniejszej, ale już tak ukochanej Virginia Beach. Że przede mną 3 czy nawet 4 amerykańskie miesiące! Do Królewca wracałam bez paszportu zagranicznego: zabrał go konsul.
Tak więc, 3 tygodnie przygotowań, kupowania niezbędnych rzeczy na drogę i bez końca wkuwania minęły! Ya-hoo, well-done! Sesja zdana, walizka spakowana, tutaj wszystko dla mnie zamiera na te cenne 4 miesiące – przed nami samolot, który zabierze mnie daleko, daleko...

