Kolejnym „numerem” programu była trzydniowa wycieczka Las Vegas-Wielki Kanion, która okazała się chińska (teraz rozumiem, że nie ma w tym nic dziwnego, ale wtedy to był Surprise!), czyli przewodnik i wszyscy ludzie poza nami i jeszcze paroma osobami – wszyscy byli Chińczykami. Kiedy jechaliśmy autobusem, miła dziewczyna z trudnym do zrozumienia angielskim robiła ogłoszenia do mikrofonu i opowiadała coś po drodze. Ale robiła to w bardzo interesujący sposób: 15-minutowe wystąpienie po chińsku potrafiła zmieścić w 2-3 minuty po angielsku...
Las Vegas przywitało nas szalonym upałem. Nigdy wcześniej nie czułam się jak krewetka w garnku (to wszystko wpływ owoców morza, nie zwracajcie uwagi). Trudno było ciągle przeliczać ze stopni Fahrenheita na Celsjusza i odwrotnie, ale temperatura była wyraźnie powyżej 42-43 stopni. O dziwo, taki upał łatwo było znieść. Przynajmniej mnie, zmarzlakowi z krwi i kości. :)
Po mieście udało nam się mniej więcej pospacerować tylko jednego wieczoru. I oto co powiem: Vegas... ono w ogóle nie śpi. Jednak jest o wiele piękniejsze w nocy, wieczorem, kiedy się ściemni, wszędzie światełka, szyldy, ludzie. Tutaj jest prototyp wieży Eiffla, Statua Wolności, pokaz fontann przy hotelu Bellagio, a nawet postacie z Disneya i zamki. Miłośnicy słodyczy znajdą wiele jadalnych pamiątek w sklepie Hershey's. Widok z 26. piętra naszego hotelu jest wart wiele, a w ogóle sam teren Circus Circus Hotel jest niesamowity. Wydawałoby się, że to jeden z hoteli w mieście, ale to całe miasteczko, gdzie jest wszystko: od największego kasyna, kawiarni, bilarda, basenu, luksusowych pokoi po mały kościółek. Atmosfery tego miasta nie da się przekazać słowami, trzeba się w nią zanurzyć, i to z głową.
Ale potem pojechaliśmy do Wielkiego Kanionu. W porównaniu z Vegas – wyraźny kontrast. Tam iluminacja, widać, że ludzie tyle zrobili, stworzyli, a tutaj stworzyła sama Natura, i zrobiła to w swój uroczy sposób. Objechaliśmy wszystkie punkty kanionu, zjedliśmy lunch na świeżym powietrzu, podziwiając pasma górskie. A potem nawet fotografowaliśmy się na koniach.
Gwoździem programu była nasza droga powrotna do Los Angeles. Zabrali nas do fabryki czekolady, przy której był sklep z produktami M&M's. Tam zostawiłam baaardzo dużo pieniędzy... Pokusa była zbyt wielka.






