Dwie sprawy:
-
Mam nadzieję, że nie będziecie musieli się z tym mierzyć.
-
Ten post może nie przypaść do gustu osobom o słabych nerwach.
Kontynuujmy.
26 lipca.
Podczas krojenia kolendry udało mi się odciąć kawałek palca. Tak, razem z kawałkiem paznokcia. W tamtym momencie wydawało mi się oczywiście, że odciąłem pół palca, ale wybiegając w przyszłość, zaznaczę, że nie było tak strasznie, jak mi, paranoikowi, się wydawało. Choć wtedy oczywiście przeżyłem szok, prawie zemdlałem itd. Jeden z menedżerów mnie opatrzył i niby wszystko było dobrze, ale powiedzieli, że koniecznie trzeba to zgłosić, więc pojedziemy do szpitala. W West Glacier była mała klinika, mniejsza niż moje mieszkanie, gdzie spodziewałem się zobaczyć jakiś wiejski szpital i lekarza typu felczer. HA. Gdzie ty przyjechałeś, chłopcze? Szpital ze wszystkimi nowoczesnymi technologiami, sensowny lekarz, przerażająco przypominający Paula McCartneya. No, wszystko jak należy. Leczenie, opatrunek, maść i te sprawy. A także ubezpieczenie, które zapewni moja praca, ponieważ był to wypadek przy pracy. Tak właśnie, w zasadzie, to wszystko wyglądało.
A potem codziennie wozili mnie do lekarza, żeby zmienić opatrunek i obejrzeć ranę. W końcu, po kilku dniach, dał mi po prostu maść i specjalny plaster, żebym sam sobie opatrywał palec. Teraz palec jest już w normie, tylko jeśli się bardzo przyjrzeć, można zobaczyć różnicę. Dzięki dla pseudo-Paula McCartneya za jego troskę. No i oczywiście zdjęcie na pamiątkę.
P.S. A w ogóle, praca kucharza przez 4 miesiące doprowadziła do tego, że z łatwością mogę prowadzić wykłady o etapach gojenia się skóry po oparzeniach/skaleczeniach. Miałem tego aż nadto. Zwłaszcza oparzeń.


