"Nie można po prostu wziąć i nie pojechać do Miami, jeśli jesteś na Florydzie" (c)
Radosny po magicznym Orlando i w pełnym przekonaniu, że mam gdzie przenocować, dojechałem do dworca autobusowego i pożegnałem się z recepcjonistą. I wtedy zrozumiałem, że nie mam adresu jego brata, a jedynie numer telefonu, pod którym nikt nie odbiera. Widocznie, pomyślałem, nie jestem aż tak szczęśliwy. I obiecałem sobie znaleźć nocleg w Waszyngtonie, jak tylko będzie okazja.
Wsiadając do autobusu z Orlando do Miami, zdębiałem: był pełny. Prawie pełny – było tylko jedno miejsce obok podejrzanego mężczyzny w brudnym t-shircie i z niechlujną brodą, gdzie nikt nie siadał. Musiałem usiąść.
Zaczęliśmy rozmawiać. Potem zaczęliśmy grać w szachy na jego telefonie. Potem zaczął pokazywać zdjęcia swoich dzieci, wnuków, żony, domu, samochodów i motocykli. Tak, to wcale nie był włóczęga, a człowiek z 3 samochodami, 4 motocyklami, żoną, dziećmi, wnukami i własnym domem. Wygląd myli)
Kiedy zaczęliśmy rozmawiać o mnie, powiedziałem, że jestem studentem, pracowałem całe lato w Stanach i teraz podróżuję, ale nie mam gdzie przenocować w Miami; i od razu zapytałem, czy mogę przenocować u nich? Od razu dodałem, że jestem gotów płacić im 20 dolarów dziennie. Zadzwonił do żony i wysłał jej moje zdjęcie, po czym pozwolenie na nocleg zostało uzyskane)
Porada: Nie wstydźcie się prosić o pomoc i nie bójcie się jej oferować.
Ten mężczyzna okazał się byłym wojskowym. Ogromne noże, maczety, kusze, karabiny, łuki, strzały, Colt Python, rewolwery, ciężki Desert Eagle, naboje – połowa z tego wisiała na ścianie, połowa była ukryta w jego szafie, a łuk leżał na podwórku, z czego skorzystałem.
Od razu znalazłem sobie nocleg w Waszyngtonie, żeby nie naprzykrzać się różnym ludziom w autobusie.
Szczerze, nie chodziłem do tych słynnych, pretensjonalnych klubów. I szkoda, że nie zdążyłem pójść na polowanie na aligatory. Ale nie pójść na Miami Beach byłoby przestępstwem!
Tak, jeśli nie wiecie, głównym językiem na Florydzie de facto jest hiszpański: bardzo, bardzo, bardzo wielu hiszpańskojęzycznych nie zna angielskiego i nie rozumie, po co mieliby go uczyć – wszyscy i tak mówią w ich języku. Nawet ogłoszenia na lotnisku w Miami i na stacji "Greyhound" brzmią najpierw po hiszpańsku, a dopiero potem po angielsku.
Przy mnie do sprzedawczyni podeszła Meksykanka, zaczęła coś szybko mówić, sprzedawczyni odpowiedziała, że nie mówi po hiszpańsku, a Meksykanka wszczęła awanturę i zawołała menedżera. Takie sprawy.
Może za długo byłem na plażach Karoliny Południowej, może park Harry'ego Pottera wciąż grał mi w głowie – ale ze śnieżnobiałego piasku Miami nie czułem szczególnej radości. Słoneczne miasto, piękna piaszczysta plaża, absolutnie puste centrum – to wszystko trzeba zobaczyć, ale nie widzę sensu zostawać tu dłużej niż 3-4 dni. Dlatego, jak tylko nastała środa, zapłaciłem za benzynę parze, która mnie przygarnęła, i pojechałem do Waszyngtonu.
