Po co był tak długi wstęp z opisem wszystkich drobnych nieprzyjemności po przyjeździe? Po to, że takich sytuacji było później bardzo dużo (na przykład, kiedy dotarliśmy do naszego miasteczka Rehoboth Beach (DE), zgodnie z ustaleniami mieliśmy mieszkać u pewnej amerykańskiej rodziny. Ludzie sami w sobie byli mili, ale miejsce, w którym mieszkali – to była kompletna anty-sanitarka. I nie mam teraz na myśli małego bałaganu w pokoju. To było coś w rodzaju wysypiska śmieci wewnątrz ich domu ze wszystkimi odpowiednimi zwierzętami. Dlatego już w pierwszym tygodniu pożegnaliśmy się z tą rodziną i znaleźliśmy sobie nowe mieszkanie). Coś działo się z naszej winy, niektóre sytuacje w ogóle od nas nie zależały. Ale chcę zaznaczyć jedno: idealne lato nie wyszło i nie mogło wyjść, bo przyjeżdżając do innego kraju, trzeba przyznać przed sobą, że bez błędów się nie obejdzie. Tak jak w każdym poznawaniu czegoś nowego w życiu, i to jest bardzo, bardzo fajne. Za co jestem przede wszystkim wdzięczna temu latu, to za moje pierwsze doświadczenie samodzielnego życia i rozwiązywania wszystkich swoich problemów bez niczyjej pomocy.
Praca. To oddzielna i duża część czasu spędzonego w Ameryce. Miałam dwie: pierwszą, zgodnie z job offer, jako housekeeper (czyli pokojówka w hotelu), a drugą – pomocnik sprzedawcy w sklepie z pamiątkami. Nie powiem, że było łatwo, ale do wszystkiego znowuż szybko się przyzwyczajasz. W pierwsze 3 tygodnie, kiedy mieliśmy tylko jedną pracę, spędzaliśmy wieczory albo spacerując nad oceanem, albo po prostu po uliczkach, narzekając sobie nawzajem, jak ciężko okazuje się pracować jako pokojówka i jak brakuje nam czasu, żeby dojść do siebie i odpocząć. Teraz wspomina się to z uśmiechem. Bo jak tylko otrzymaliśmy swój Social Security Card (prototyp naszego NIP-u), poszliśmy szukać drugiej pracy (Powód był bardziej finansowy. Życie w Ameryce jest dość drogie, a tylko na mieszkanie wydawaliśmy połowę pensji. Dlatego pragnienie, żeby jednak trochę podróżować pod koniec lata i przywieźć coś ze sobą, wzięło górę). I właśnie wtedy warto było wspomnieć o tamtych wieczorach z wdzięcznością! Teraz każdy nasz day off (dzień wolny) w którejkolwiek z prac (czyli pół dnia) był odbierany jako najlepszy dzień tygodnia – można było poświęcić ten czas tylko dla siebie. W takim tempie żyliśmy całe lato: wstawaliśmy po siódmej, docieraliśmy do pracy, jedliśmy śniadanie, pierwszy dzień pracy zaczynał się o 9:30, kończył się zawsze różnie w zależności od obłożenia hotelu – mógł o 2, a mógł i bliżej 5 po południu, po czym trzeba było biegiem skoczyć do domu, wziąć prysznic i doprowadzić się do porządku, szczęście – jeśli zdążyliśmy coś przekąsić, i biegliśmy do drugiej pracy na 5, gdzie byliśmy do 11-11:30. Taki tryb był absolutnie normalny dla każdego studenta z wymiany. Wielu po takim dniu jeszcze zdążało wpaść na jakąś imprezę i szaleć do świtu. I w tym był swój urok: praktycznie każdy obecny musiał następnego dnia wcześnie wstać i iść do pracy, ale to nie przeszkadzało im być tam i świetnie spędzać czas ze swoimi przyjaciółmi – to jednoczyło i nadawało takiemu odpoczynkowi sens. Tak dostawaliśmy swoje wytchnienie i zapominaliśmy o wszystkich trudnościach życia studenta z wymiany.




