Swoje lato 2014 próbowałam urozmaicić, jak tylko było to możliwe: miesiąc pracowałam jako wychowawczyni w przedszkolu, miesiąc smażyłam się na daczy, a pod sam koniec sezonu wybraliśmy się z mamą na parę tygodni na skalisty Krym.
Wrzesień przywitałam szczęśliwa, opalona i wypoczęta. Chyba jednak wszystko, co się dzieje, dzieje się po coś. Chyba tak musiało być.
9 września 2014 skończyłam 20 lat. Dziadkowie, ciocie, wujkowie, przyjaciele i rodzice – wszyscy uznali, że pieniądze będą lepszym prezentem dla takiej dorosłej panienki niż jakieś niepotrzebne rzeczy, które potem będą się kurzyć na półce, więc po tej ważnej dacie w kalendarzu do moich uczciwie zarobionych w przedszkolu groszy dołączyła dość solidna suma, i pomyślałam, że jeśli zacisnę pasa i będę oszczędzać jeszcze na batonikach czekoladowych w ciągu roku szkolnego, to mój amerykański sen może jednak ziścić się latem 2015 roku. Taty postanowiłam nie wtajemniczać w swoje plany (i tak już się nacierpiał), ale z mamą podzieliłam się swoimi zamiarami: zgodziła się pomóc finansowo. Po jakimś czasie babcia też została wtajemniczona w naszą tajemnicę i w ten sposób utworzyliśmy małą, kobiecą, sekretną wspólnotę rodzinną, która działała bardzo sprawnie aż do mojego wyjazdu do Stanów.
Na początku października 2015 roku szłyśmy z przyjaciółką ulicami Mińska do lokalnego oddziału CMO z niezbędnym do udziału w programie pakietem dokumentów i żywo snułyśmy plany na nadchodzące lato.
W biurze przy ulicy Maksima Tanka przywitała nas miła dziewczyna, która od razu zapytała, studentkami jakich uczelni jesteśmy, a ponieważ w tamtym czasie byłam studentką uczelni językowej w Witebsku, a moja przyjaciółka brała już udział w międzynarodowych programach wymiany, testu ze znajomości języka angielskiego nie musiałyśmy przechodzić – uwierzono nam na słowo, że znamy język. Opowiedziałyśmy, dlaczego chcemy wziąć udział w programie, czego od niego oczekujemy, zadałyśmy 1001 interesujących nas pytań miłej pracownicy biura – otrzymałyśmy 1001 wyczerpujących odpowiedzi i parę przydatnych rekomendacji od niej samej, zapoznałyśmy się z warunkami umowy o udział w programie, podpisałyśmy ją, tego samego dnia opłaciłyśmy pierwszą ratę w banku, a wieczorem świętowałyśmy pierwszy krok ku sukcesowi w jednej z centralnych kawiarni Mińska.
Miesiące mijały błyskawicznie. Googlowałyśmy miejsca, które chciałyśmy zobaczyć w Stanach, szukałyśmy festiwali muzycznych, które miały się tam odbyć w ciągu lata – planowałyśmy, zmieniałyśmy plany tysiące razy, budowałyśmy nowe – byłyśmy całkowicie pochłonięte nadchodzącymi przygodami.
Szukanie Job Offer-ów nie było dla nas czymś time consuming ani exhausting: przyjaciele, którzy nie raz byli w Stanach przez Work and Travel, skontaktowali się ze swoim pracodawcą, który zgodził się przyjąć nas do swojego zespołu. „Baja Beach House Grill”, Bethany Beach, Delaware, witaj! Kontynuowałyśmy marsz ku sukcesowi. Spraw pozostało już bardzo niewiele.
W połowie marca jechałyśmy z plecakami na ramionach nocnym autobusem Witebsk-Moskwa, żeby zrobić ostatni krok na drodze do Stanów – otrzymać amerykańskie wizy. O 6 rano byłyśmy gdzieś na obrzeżach metropolii, o 8 jadłyśmy śniadanie w pustej jadłodajni blisko stacji metra „Barrikadnaya”. Denerwowałyśmy się strasznie. Ja setny raz powtarzałam w myślach 6 punktów swoich praw z amerykańskiego Pamphlet, moja Masza przebiegała wzrokiem listę przybliżonych pytań zadawanych przez konsulów na rozmowie kwalifikacyjnej.
Wierzcie mi, nawet jeśli macie idealny angielski, a swoje prawa w Stanach znacie tak dobrze, że obudzeni w nocy wyrecytujecie je wszystkie bez ani jednego zająknięcia, od uczucia drżenia w kolanach i „twistów” w brzuchu przed rozmową nie da się uciec – wszyscy przez to przechodzą.
O 9 trzęsłyśmy się przed drzwiami konsulatu, śpiewając wersy z The White Stripes – Seven Nation Army (to był swoisty hymn naszego dnia): „I'm gonna fight 'em all. A seven nation army couldn't hold me back”.
O wpół do dziesiątej ochroniarz wpuścił nas do środka. Przechodząc przez liczne okienka, odpowiadając na dziesiątki pytań i pokazując pracownikom konsulatu niezliczone wydruki ze wszystkim, co potrzebne i niepotrzebne, w końcu otrzymałyśmy numerki okienek, w których mieli z nami rozmawiać konsulowie USA. Okienko numer 3 – ja, numer 4 – Masza.
Moja kolej przesuwała się szybciej, z każdą osobą wychodzącą od konsula serce biło coraz szybciej. I oto on, ten decydujący moment: idę z teczką dokumentów do odpowiedniego okienka, w głowie – nic, poza już dość znudzonymi prawami z Pamphlet – oby nie zapomnieć, oby nie zapomnieć: „to be treated and paid fairly..”. Podchodzę. Kobieta w okienku w ogóle nie zwraca na mnie uwagi, rozmawia z kolegą, coś długo jej tłumaczy. Myślę, co może mi się stać, jeśli nie zrozumiem jej angielskiego – mamo, urodź mnie z powrotem! Kolana się uginają. Zbieram wolę w pięść i wyciskam z siebie uśmiech. Pewnie daleko mu do „amerykańskiego”, ale jaki w tamtym momencie udało się przedstawić. „Hallo!”..
Cała rozmowa zajęła mniej niż 3 minuty i składała się z najprostszych pytań, typu „What’s your name? Where are you from? Where do you study? What year are you doing at your school? Is it the last one? Why have you decided to go to the USA? How did you find your job? Do you know your duties? Have you already contacted your employer? How? Have you studied the Pamphlet? What will you do in case of the fire?” I wszystko. Wszystko! Nic nadprzyrodzonego. Nic takiego, na co nie byłabym gotowa. Ostatnią rzeczą, którą od niej usłyszałam, było „well, now we need to stamp your DS, all right, and my signature – here we go”, dalej – jak we mgle. Poziom endorfin we krwi zaczął szaleć. Wszystko się skończyło! Wszystko dopiero się zaczynało!
Masza też otrzymała wizę, a to oznacza, że jedziemy! JEDZIEMY! DO STANÓW!




