Następnym przystankiem było wielkie i pełne gwiazd Los Angeles. Miasto jest po prostu niewiarygodnych rozmiarów, ale dla nas było jasne, że rozmiar to nie wszystko. Drugi stereotyp o USA został przełamany. Nawet nie stereotyp, po prostu spodziewałem się czegoś więcej po tym mieście. Samo miasto niczym się nie wyróżniało, a zapach też nie był zbyt przyjemny. W nadziei na zobaczenie czegoś ciekawego, wybraliśmy się na wycieczkę po najsłynniejszych miejscach LA: Beverly Hills, Rodeo Drive, główne ulice. Było bardzo zajmująco i ciekawie, bo mało kto może pochwalić się tym, że widział dom, w którym zginął Michael Jackson, gdzie ogoliła głowę Britney Spears, gdzie zaczynał pracować Brad Pitt i w jakiej siłowni ćwiczył Arnold Schwarzenegger.
Słynna Aleja Gwiazd. Powiedzmy, że nie wszędzie wygląda tak dobrze, jak w filmach czy na zdjęciach. Najlepsza część alei znajduje się oczywiście przy muzeum Madame Tussauds, tam zebrane są największe gwiazdy i co minutę przechodzą tłumy turystów.
Pobyt w Los Angeles zapamiętałem nie z samego miasta, a z parku rozrywki Six Flags i oczywiście Universal Studios!!! Zacznijmy po kolei.
Cały drugi dzień spędziliśmy w Six Flags, mogę nazwać to królestwem rollercoasterów, po spędzeniu tam 12 godzin myślę, że adrenaliny w mojej krwi wystarczy na rok. To było niewiarygodne doświadczenie, składające się tylko z emocjonalnych porywów. Po pierwszym rollercoasterze przez godzinę nie mogłem dojść do siebie, bo to była najstraszniejsza atrakcja, na jakiej kiedykolwiek jeździłem. W ciągu 55 sekund "zabawy" był spadek 90 stopni, jazda do góry nogami, błyski ognia, niewiarygodna prędkość i STRACH, błagania, krzyki, utrata okularów przeciwsłonecznych. Jak dobrze, że nie kupiliśmy biletu VIP, bo między rollercoasterami staliśmy po godzinę lub półtorej w kolejce, co pomagało mi jakoś się uspokoić i znormalizować bicie serca. Ten straszny strach bardzo powoli przeradzał się w zabawę i radość. Wybuchu emocji w tym cudownym miejscu nigdy nie zapomnę.
Trzeciego dnia odwiedziliśmy studio Universal. Kupiliśmy bilety VIP, bo słyszeliśmy o 3-godzinnych kolejkach. Studio Universal po prostu wywróciło moją wyobraźnię, mój umysł. Widziałem to, czego nie ma, czułem nierealne, widziałem widowiska, o których nawet nie mogłem podejrzewać. Wychodząc z kolejnej atrakcji czy show, myślałem, że nic mnie już nie zaskoczy, ale jakże się myliłem, znowu i znowu coś nowego i ciekawego, mój mózg w tamtym momencie dawno zapomniał o samym Los Angeles i o rollercoasterach. Miałem pragnienie po prostu zostać tam i żyć wiecznie. Wieczorem wybraliśmy się na 1,5-godzinną wycieczkę po samym studiu: odkryli przed nami sekrety kręcenia filmów, pokazali pawilony i dekoracje, dali bardzo dużo informacji o kinematografii w ogóle. Universal jest w moim sercu!




