Kiedy poczuliśmy lekki smutek, że czas wracać do domu i wszystko się skończyło, wpadliśmy na spontaniczny pomysł odwiedzenia Wielkiego Kanionu. Był po drodze, więc żeby postawić kolejny haczyk na liście miejsc, które odwiedziliśmy, zdecydowaliśmy się na ten wypad w ostatniej chwili. Droga była długa, pogoda dawała się we znaki, ale było warto! Piękna kanionu nie da się opisać słowami, trzeba to po prostu zobaczyć – nawet na najbardziej profesjonalnych zdjęciach nie wygląda tak, jak w rzeczywistości. Jest ogromny, głęboki i estetyczny. Czułem się, jakbym był wewnątrz obrazu jakiegoś słynnego malarza. Ale artystą tego dzieła jest matka natura. Każda skała czy wyrwa wyglądała tak, jakby dokładnie tak miało być. Tonąłem w tym pięknie, czułem wolność, oddychałem pełną piersią. Piszę to teraz i wspominam, a po ciele przechodzą mnie dreszcze – Wielki Kanion zainspirował mnie tak bardzo. Pustynna Arizona jest równie zachwycająca, co żyzna Kalifornia. Wkrótce ruszyliśmy w drogę do domu, do Estes Park.
Następnego dnia dotarliśmy na lotnisko w Denver. Bilet Denver - Nowy Jork był w naszych rękach... Zrozumiałem, że koniec jest nieunikniony. Spędziłem tu 3,5 miesiąca, nauczyłem się tak wiele, zobaczyłem więcej niż przez 20 lat życia w Kazachstanie. W tamtej chwili moje oczy automatycznie się zaszkliły, a łzy jedna po drugiej spływały po moich policzkach. Wiem, „chłopaki nie płaczą, to nie jest cool”, ale nie mogłem się opanować, to było silniejsze ode mnie. Czułem, że zostawiam tu i teraz ogromny kawałek mojej duszy, ale nie ma odwrotu.
Docierając do Nowego Jorku jako zupełnie nowi ludzie, nie byliśmy już tymi trzema studentami ze strachem w oczach i niepewnością w duszy; staliśmy się znacznie bardziej doświadczeni, dojrzali i pewni siebie. Równe 2 dni zajęło nam kupowanie prezentów dla bliskich, z dumą wydawałem pieniądze, które sam zarobiłem i byłem szczęśliwy, że mogę zabrać do domu małe cząstki mojego marzenia. Zakupy oczywiście męczyły, ale nie odbierały entuzjazmu do ciągłego spacerowania ulicami i alejami Nowego Jorku.
20 września, noc. Jestem na 86. piętrze Empire State Building, patrzę na nocny Nowy Jork i nie mogę się napatrzeć. Skończyłem 21 lat i jestem na dachu najwyższego budynku w Nowym Jorku – powiedzcie, co może być lepszego? Czy marzyłem kiedyś o spędzeniu urodzin w USA? Odpowiedź brzmi: oczywiście TAK! Czy myślałem, że to może się udać? Odpowiedź: szanse nie były wielkie. Ale rzeczywistość dowodzi czegoś przeciwnego – szansa jest zawsze! Na koniec chcę życzyć wszystkim dobra i doradzić: marzcie, marzcie dużo i urzeczywistniajcie swoje marzenia. Mi się udało, bez wątpienia uda się i wam!
PODSUMOWANIE:
6 stanów, 8 miast i 0 żalu. Nie żałuję niczego, wierzę, że wszystko musiało się tak potoczyć!




