Jeśli opowiedzieć o moich podróżach, to ja i moja przyjaciółka Sam pojechałyśmy na zachód, nie było nam łatwo się na to zdecydować ze względu na krótki termin, jej bilet powrotny był 10 dni wcześniej. Udało nam się wszystko poprawnie zaplanować. I wyruszyłyśmy do San Francisco, Las Vegas i Los Angeles. To była naprawdę przygoda życia. Jak biegałyśmy po lotniskach, autobusach, metrze. Kupowałyśmy bilety na autobusy prosto w Greyhound przez internet (tak wychodzi o wiele taniej) i prosiłyśmy pracowników dworca o wydrukowanie nam. W San Francisco zostawiłyśmy bagaże przyjaciółki, kupiłyśmy bilet na 11 w nocy i wyruszyłyśmy oglądać most „Złote Wrota”, nie miałyśmy pojęcia, że tam jedzie, jak wracać z powrotem na dworzec i czasu mało zostawało. Mimo to pojechałyśmy. Bałyśmy się, że możemy się spóźnić, nie znałyśmy rozkładu autobusów. Ale najważniejsze, zdążyłyśmy się sfotografować, przypadkiem poznałyśmy jednego arabskiego podróżnika z Dubaju, on prosił sfotografować go, a my mu takie wiecie, my się śpieszymy, u nas czasu mało, zaczął wypytywać i powiedział, że ma wynajęty samochód, i może nas z radością podwieźć do potrzebnego miejsca. Gdyby nie on, na pewno byśmy się spóźniły. Od 7 rano nic nie jadłyśmy, byłyśmy strasznie głodne, w samolocie jedzenie nie wchodziło w cenę biletu. Zostawało jeszcze pół godziny, szukałyśmy sklepów, nic takiego nie zobaczyłyśmy. Wbiegłyśmy do jednej restauracji, chyba elitarnej, wy byście widzieli nasz wygląd, szorty, trampki, bluza, w rękach pakiet, kelner zobaczywszy nas aż się przestraszył i spojrzał takim spojrzeniem jak „Co wy tu zgubiłyście?”...
Z biletami jak my robić nie warto, z SF do Las Vegas wtedy skończyły się bilety, musiałyśmy jechać przez Los Angeles, nam trzeba było w każdym razie jechać do LA na końcu, ponieważ nasz bilet powrotny do Bostonu był z LA. W Los Angeles znalazłam na stronie Palaka z Indii, on przeprowadził się niedawno z Nowego Jorku z pracy. Napisał, że z przyjemnością przyjmie nas. Złożyło się nawet tak, że on był w Vegas w ten sam dzień kiedy my przyjechałyśmy. Spotkał nas, odwiózł do centrum miasta i nawet zabrał nasze bagaże do Los Angeles. Tak, tak, ja ufałam wszystkim, choć ja i jego pierwszy raz w życiu widzę, ale intuicja mnie nie zawiodła. Pospacerowałyśmy po Las Vegas. Fantastyczne miasto. Wchodzisz do jednego hotelu zapominasz o wszystkim. Kasyno, Bellagio, Caesars Palace...
8 września... Rano Palak nas teraz spotkał w Los Angeles. Wszystko, co ty widziałaś do tego w telewizorze teraz przed twoimi oczami. „Universal pictures”, „Hollywood walk of fame”, „Hollywood”, najlepszy na świecie „Disneyland”, my brałyśmy wycieczkę gdzie pokazują domy wszystkich hollywoodzkich gwiazd w Beverly Hills jak Bruno Mars, Johnny Depp, Avril Lavigne, Tom Cruise, Jennifer Lopez, dom gdzie zginął wielki piosenkarz Michael Jackson, hotel gdzie z życiem pożegnała się Whitney Houston i wielu innych.
11 września... Z podróży ja przyjechałam do swojego rodzinnego Hyannis, a przyjaciółka wyjechała do Nowego Jorku. Pobyt tam 3-4 dni mi stawało się smutno, że wszyscy studenci wyjechali, kto do domu, kto podróżować, wszyscy turyści rozjechali się. I ja zebrałam wszystkie swoje rzeczy nie doczekałam się Saltanat, którą czekałam, pożegnałam się z każdym z osobna i zdecydowałam wyjechać. Wszyscy przyjeżdżali życzyć mi szczęścia, podarowali suweniry. To było bardzo miłe. Było smutno uświadamiać, że wszystko się skończyło. Kiedy Matt i Katherine mnie ostatni raz żegnali u Matta były na oczach łzy. On powiedział „Gdzie byś nie była, ja będę modlić się żeby z tobą wszystko było dobrze”...
Najważniejsze kupiłam bilet z Bostonu do Nowego Jorku, a z Hyannis do Bostonu myślałam najpóźniejszy o 10, a okazało się o 8, czas był już 6 wieczorem, dziękuję panu Richardowi, że zabierając mnie przypomniał i zaproponował najpierw kupić bilet a nie zabierać bagaże. Ja zmieściłam się w 2 godziny, zrobiłam wszystko niezbędne wchodziłam do Dunkin i do Stop and Shop pożegnać się z kolegami i bez 10 minut byłam na dworcu.
Uczucie, że może ja nigdy tu nie wrócę i może być już nigdy tych ludzi więcej nie zobaczę, mnie od wewnątrz zabijało. Ja długo się do tego przygotowywałam...
16 września... Kiedy ja byłam w Cape, mi pisał jeden chłopak z Kazachstanu, który uczy się w NY. On pisał, że chce przekazać do KZ coś przez mnie. I może spotkać jeśli ja sama. O 5 rano z dwoma bagażami, z niezarezerwowanym hotelem, ani przyjaciół, ani spotykających ja byłam już w Nowym Jorku. Znowu zaufałam nieznajomemu mi człowiekowi. Jego wszystko nie było, i tu przy widoku śpiących dużo bezdomnych czarnoskórych na dworcu mi stało się, troszeczkę strasznie. Ja nie wiedziałam, co robić. Wymyślałam warianty. Chodziłam wokół dookoła. Myślałam teraz oddam rzeczy do przechowalni i pójdę spacerować. Tam spotkałam dwie dziewczynki uczestniczki Work and Travel, ja ucieszyłam się widząc ich, zagadałyśmy się. One całą noc nie spały, spacerując po NY i przyszły zabrać swoje bagaże. On powinien był otworzyć się o 7 rano. Bliżej do 7 choć i z opóźnieniem ten chłopak przyszedł. Pomógł z bagażami i odwiózł do siebie do domu. My przyjechałyśmy do Brooklynu, w mieszkaniu byli wszyscy Kazachowie i dziewczyny i chłopaki. Przypomniałam sobie, głównego bohatera filmu „Salam, Nowy Jork”. W ten sam dzień wyszłam spacerować. Chodziłam po sklepach, kupowałam suweniry w Chinatown. Na 17 września u nas był kupiony 3-dniowy tour do Niagara Falls, Waszyngtonu i do Filadelfii. Rano przyjechała Saltanat z Cape i dwie dziewczynki z Rosji powinny były jechać z nami. Jeśli kupować razem, wychodzi taniej. I my we czwórkę wyruszyłyśmy w drogę. Były bardzo dużo zapamiętujących momentów, najbardziej mi zapamiętało, kiedy dziewczynki zeszły na śniadanie, myśląc że on włączony, ja ich przekonać nie mogłam i zdecydowałam, że pewnie wszystko jednak one mają rację, oto oto ja zaczęłam jeść, podeszła kelnerka i zapytała policzyć wszystkim razem czy oddzielnie. Aisha zamarła swoim ciasteczkiem w ustach. Saltanat załadowała swoje bagaże nalegając, nie w ten autobus, fakt że kierowca nie ten jej nie przekonał, a potem biegała za tym autobusem, jak objadłyśmy się w chińskiej kawiarni gdzie płacisz 16$ i bierzesz wszystko, i zabrały ze sobą zawijając w serwetki, sami winni pakiety nie dali:). A jeszcze nasz autobus nie doczekawszy zostawił nas w Waszyngtonie, musiałyśmy dostawać się pieszo do następnego punktu przeznaczenia. Teraz piszę i wspominam wszystko to, na oczach łzy i radość, że wszystko to zostało tylko wspomnieniem.
19 września... Przyjechawszy wieczorem do NY, my umówiłyśmy się zostawić wszystkie bagaże w jednym mieszkaniu w Brighton Beach i pójść spacerować do rana. Niestety plan nie udał się. Kobieta nie zgodziła się brać wszystko za 20$, dziewczynki z Rosji pojechały do swoich znajomych. My pojechałyśmy do swoich. Całą noc z 19 na 20 ja stałam w kolejce za iPhonem 6-ym. Wy byście widzieli tych Chińczyków oni czuli się jak w domu, kartony, koce, krzesła. I ja razem z nimi nocowałam do rana do otwarcia sklepu. Takiego ja nie oczekiwałam, myślałam Apple store pracuje w nocy, kiedy wypuszczają nowe iPhone'y. Teraz za to jest, co wspomnieć, siedziałam siedząc i spałam na ulicy w NY.
20 września... Zostało równo jeden dzień w mieście. Ten dzień ja poświęciłam atrakcjom, jak statua wolności, wyspa ellis, byk na wall street, po nieznajomych alejach, wieczorem w Madame Tussauds (manekiny hollywoodzkich gwiazd). Minus w tym, że kiedy spacerujesz sama – nie ma komu ciebie sfotografować. Oto ja i chodziłam prosiłam pod rząd wszystkich sfotografować, samej jakoś niewygodnie było. Czas już był 11 godzin nocy, nie wiedziałam jedną noc gdzie iść spacerować, komórkowy siadł, zapasowej baterii nie było, do domu nie chciało się wracać. Poszłam do Times Square i po prostu siedziałam obserwowałam za turystami, ludźmi, rytmem, fotografowałam się, myślowo żegnałam się z Ameryką. I tak fotografując się tam ja poznałam z dwoma chłopakami Emre i Orkun z Turcji oni też byli J1 studentami. Pracowali na Florydzie. Oni okazali się bardzo dobrymi, ja do nich dołączyłam. Chodzili do znaków „Love” i „Hope”, najważniejsze oni zgadzali się chodzić we wszystkie miejsca ze mną mimo że oni tam już byli. Ja już byłam żadna 4 dzień nieśpiąca, zasypiałam w metrze, Emre i Orkun mnie budzili na przystankach. O 4 godzinie nocy spacerując po Brooklińskim moście, spotkaliśmy fajnego nowojorskiego policjanta, on był takim dobrym, że pozwolił sfotografować się w jego policyjnym samochodzie, komunikował się z nami.
21 września... Mi trzeba było podbudować się. O 5 rano poszliśmy do Dunkin Donuts napić się kawy, po czym rozeszliśmy się. Ja powinnam była wrócić do domu, zebrać rzeczy i przyjechać o 7 rano na Canal street, żeby pojechać do Empire state building z Emre i Orkun. W Nowym Jorku ludzie wszyscy zajęci, nie tacy już dobrzy i przyjaźni. Mój samolot był w ten sam dzień o 14:25. Ja uzupełniwszy pieniądze na kartkę metro, zapomniałam ją w domu. Telefon siadł, czas naglił, było już 8, ja spóźniałam się, nie wiedziałam jak z nim skontaktować się, nie mogłam przejść do metra. Ale wszystko jednak przeszłam z pracownikiem metra, dotarłam, zadzwoniłam z telefonu jednego Meksykanina i w końcu znaleźliśmy siebie. Ja czułam się główną bohaterką nowojorskiego filmu. Znowu były problemy z kartą, maszyna nie przyjmuje dużych banknotów i przyjmuje tylko debit lub credit kartę, nie pamiętam. Póki Orkun nie mógł rozebrać się z tym, metro podjechało ja nie wiedziałam co robić, wyjechać czy zostać, ale czekać u mnie czasu nie zostawało. Ja skoczywszy do metra krzyknęłam, że będę czekać tam. Zostało tylko 1,5 godziny na wszystko. Jak na złość dzień był pochmurny i z wysokości nic nie widać było, tylko chmury. Ja byłam wyczerpana, nierealnie zmęczona, i ludzi prosić sfotografować, a jak inni fotografują wy lepiej ode mnie wiecie, rozmazanie, krzywo, po pewnym czasie chmury otworzyły się. 2-3 zostawało do lotu. Ale mimo zmęczenia, na wszystko to ja nie chciałam tracić ani sekundy darmo, chciałam zobaczyć wszystko, przecież ja tyle czasu marzyłam trafić tutaj. I byłoby głupio po prostu spać w domu. Chłopaki mnie wszędzie szukali, myśleli że ja przepadłam. Saltanat nawet okazuje się chciała zadzwonić do amerykańskich rodziców i podać w poszukiwanie. Oni byli na nerwach, kiedy ja weszłam do domu. Lotnisko JFK. McDonald’s. Opóźnienie rejsu. Całe zmęczenie nagromadziło się i ja obudziłam się tylko w Moskwie...
Ja bardzo tęsknię za tymi dniami, o nic nie żałuję, chyba że nie pojechałam do Chicago, Miami, na Hawaje. I dla mnie one staną się motywacją wrócić. Wszystko jednak czasami myślę jeśli bym pojechała i tamtego lata, ja bym mogła zakończyć wszystko co było w planach, bardzo chcę żeby u mnie pojawiła się taka możliwość pojechać jeszcze raz. To były jednymi z najlepszych dni w moim życiu. Ta program rzeczywiście wspaniała możliwość ulepszyć angielski, poznać się z amerykańską kulturą, założyć przyjaciół z całego świata, przedstawić swój kraj, otrzymać bagaż doświadczenia i wiedzy w sferze amerykańskiego biznesu, rozszerzyć horyzont, rozwijać komunikacyjne zdolności, zobaczyć świat i doświadczyć na sobie wszystkie jego niebezpieczeństwa, a jeszcze i podzarobić. Ja jestem wdzięczna przede wszystkim Wszechmogącemu, rodzicom i wszystkim kto był ze mną w przeciągu lata, moim amerykańskim rodzicom, przyjaciołom i CMO za „One of the best part of my life”. Bóg widział wszystko, moje niepowodzenia, moje dążenie do swojego marzenia i że ja nie poddawałam się, mimo wszystko. I tym latem zrekompensował wszystko to wysławszy mi wszystkich nieznajomych, dobrych ludzi w moje życie i podarował tyle wspaniałych przyjaciół za ten okres, z którymi ja do dziś komunikuję się i otrzymuję listy. Teraz ja wiem, że mnie tam czekają. Tyle nieznajomych po prostu mi pomagali. Ja byłam pełna odczuć i czułam bezmierną wdzięczność za wszystko co mnie otacza. Żyłam i cieszyłam się. To słowami nie przekazać.
Z pierwszych moich studenckich dni moje życie było związane z CMO i to że stało się ze mną ja dla siebie postrzegam tylko wyzwaniem, które trzeba było godnie przejść. Teraz ja staram się pomagać wszystkim studentom, którzy chcą pojechać do Ameryki, swoimi radami, spotykam się z nimi, wyjaśniam wszystko. Tym ja przekazuję otrzymane dobro innym. Od Amerykanów ja nauczyłam się jednego – bezinteresownie pomagać ludziom. Ja wiem że u wielu studentów były niezapomniane wakacje w Ameryce i ja cieszę się za wszystkich was. Przecież Ameryka – to marzenie wielu. Przecież każdy z nas odkrył swoją Amerykę. Wierzcie, marzcie, wcielajcie. Dziękuję, za to że doczytali do końca.
To, w co Wy wierzycie i czego oczekujecie całą duszą i całym sercem, obowiązkowo wydarzy się. Frank Lloyd Wright
P.S: Udowodnione.

