Moja historia miłości do krajów anglojęzycznych i języka angielskiego zaczęła się w wieku 8 lat, kiedy udało mi się odwiedzić niesamowity kraj, jakim jest Irlandia, i zamieszkać w cudownej rodzinie z dwójką dzieci i życzliwymi rodzicami – prawdziwymi Irlandczykami. Byłam niesamowicie pod wrażeniem ich życia: przytulne domki typu cottage, schludne uliczki, trawniki w kolorze jasnej letniej trawy, nieopisanej urody doliny i klify, malownicze krajobrazy gór wznoszących się wysoko nad brzegami Oceanu Atlantyckiego, ruiny starożytnych zamków, zupełnie inny niż nasz klimat i tak pyszne jedzenie. Już wtedy miałam swoje pierwsze spotkanie z oceanem, językiem angielskim, ludźmi innej wiary i kultury, którzy zaskoczyli mnie swoimi zwyczajami i tradycjami, oraz krajem tak odległym od mojej rodzinnej Białorusi.
Wspominając teraz tamten czas, jestem pewna, że to właśnie wtedy nastąpił punkt zwrotny, który dał impuls do wyboru mojego przyszłego zawodu (jestem przyszłą tłumaczką i lingwistką), zaszczepił we mnie szaloną miłość do podróży i melodyjnego języka angielskiego (English forever!). Oczywiście w wieku 8 lat, kiedy praktycznie nie znałam języka, bardzo trudno było mi się komunikować i rozumieć otaczających mnie ludzi, ale rodzina, u której mieszkałam, pomagała mi jak mogła, robiła wszystko, abym czuła się komfortowo. To właśnie dążenie do przełamania bariery językowej stało się wkrótce dla mnie głównym bodźcem do nauki języka.
Od tamtej pory często marzyłam o tym, by jeszcze raz odwiedzić kraj anglojęzyczny, uzyskać możliwość porozmawiania w innym języku, poznać obcą kulturę, zobaczyć niezapomniane krajobrazy, które mnie, absolwentkę szkoły plastycznej, szalenie inspirują. Często widziałam siebie w snach mieszkającą w przytulnym białym domku, z psem, spacerującą znów po zielonych trawnikach. I wierzyłam: pewnego dnia nadejdzie ten moment, kiedy znów będę mogła spełnić swoje marzenie.
„Kiedy czegoś bardzo pragniesz, cały wszechświat sprzyja temu, abyś spełnił swoje pragnienie”.
Paulo Coelho. Alchemik.
Po wstąpieniu na Miński Państwowy Uniwersytet Lingwistyczny zaczęłam bardzo często słyszeć o studentach, którzy wyjeżdżają na wymianę do różnych krajów, podróżują sami lub uczestniczą w konferencjach uniwersyteckich, odbywając krótkie, a czasem długoterminowe wyjazdy poza granice Białorusi. Na mojej uczelni nie jest to rzadkością, ponieważ głównym priorytetem dla nas jest nauka języków obcych i międzynarodowa wymiana kulturowa.
O wyjazdach do dalekiej Ameryki też często słyszałam. Wtedy marzenia o podróży do Stanów wydawały mi się tak nieosiągalne i nierealne, że mogłam tylko z białą zazdrością patrzeć na kolegów, którym udało się tam być. Niestety, w tamtym czasie w moim kręgu znajomych nie było osób, które mogłyby szczegółowo opowiedzieć o tej podróży i o wszystkich krokach do osiągnięcia tego celu.
Wszystko zmieniło się w 2014 roku podczas zwykłej jazdy tramwajem z uniwersytetu do domu. Spotkałam swoją byłą koleżankę z grupy, z którą po pierwszym roku zostałyśmy rozdzielone do różnych grup. To ona podzieliła się ze mną swoimi planami wyjazdu do USA i wszystkimi szczegółami tego tripa. I pomyślałam: „Cóż, przecież wszystko nie jest takie skomplikowane i jest jak najbardziej osiągalne!”




