Ja i K byłyśmy pierwszymi jaskółkami z Kazachstanu, które poleciały do USA. To był mój pierwszy tak długi lot i byłam nieco zmęczona. Po przyjeździe do mojego stanu, moim pierwszym wrażeniem był „nieskończony most”, jak go z K nazwałyśmy. Most, który prowadzi donikąd. Założyłyśmy, że budowniczowie mieli jakiś zamysł co do tego mostu. Ale najwyraźniej coś poszło nie tak i „nieskończony most” pozostał niedokończony. Dla nas nie był on błędny, dla nas stał się miejscem, do którego można przyjść i obserwować drgania wody i słońca. Po raz pierwszy zobaczyłam tam zachód słońca, był elegancki i zniewalający. Woda, która na chwilę zaczyna odbijać biel, potem róż, purpurę i fiolet. Słońce jakby obejmuje horyzont i idzie spać. A na jego miejsce przychodzą księżyc i gwiazdy, które możemy widzieć, ponieważ to nie jest wielka metropolia. Pokochałam nasze miasto, jest małe i przytulne. I czułam szczególną aurę: tak jak zapach wyróżnia człowieka, tak aura wyróżnia miasto.
Najbardziej zdziwiło mnie to, że ludzie się uśmiechają. Witałyśmy się z nieznajomymi i rozmawiałyśmy o pogodzie i nowościach. Początkowo było to dla mnie bardzo dziwne, ale potem stało się normą. Zauważyłam, że Amerykanie są zazwyczaj bardzo emocjonalni i ekscentryczni w naszych oczach. Jednak dla nich nie ma w tym nic niezwykłego, po prostu przyjmują każdego jako indywidualność. Jeśli podobają jej się niebieskie włosy, najważniejsze, że jej samej się to podoba i czuje się komfortowo. Nasze miasto nazywa się Ocean City. To małe miasteczko wypoczynkowe nad Oceanem Atlantyckim. Amerykanie przyjeżdżają tu odpoczywać, a miasto w sensie dosłownym i przenośnym rozmarza i ożywa na lato.


