Po powrocie do domu poczułam chłód wobec wszystkiego, co mnie otaczało. Chłód ten powstał w wyniku całkowitego odrzucenia Ojczyzny, wątpliwości i strachu zmieszanego ze złością. Wciąż byłam przywiązana do Białorusi, ale przestała ona być dla mnie czczonym i nieskazitelnym bohaterem.
Przeglądałam zdjęcia amerykańskich przyjaciół i pocieszałam się myślą, że jesteśmy pod tym samym niebem. Choć bądźmy szczerzy: z powodu właściwego mi dramatyzmu czułam, jak serce sztywnieje z żalu.
Moimi licznymi lotami rozbudziłam w sobie bezsenność. W nocy ta wewnętrzna bestia zmuszała mnie do chodzenia po cichym mieszkaniu, a w dzień – do zapadania w półdrzemkę na zajęciach. Walka z ukochanym wrogiem to sprawa czysto indywidualna. Walczyłam banalnie:
- Wyczerpywałam się w dzień. Zaczęłam nawet robić brzuszki, biegać.
- Znalazłam najnudniejszą książkę na świecie i zaczęłam ją czytać, smakując, zawieszając się na każdym słowie. Nuda pomagała zasnąć.
- Piłam gorącą herbatę, żeby mnie zmuliło.
Z czasem wszystko się ułożyło: nawet moralnie zaczęłam czuć się lepiej. Teraz znalazłam dla siebie motywację do pracy, podróżowania. Wczoraj napisałam do najlepszej przyjaciółki: „Ale zrozumiałam, że ja jestem tym, co mam najcenniejszego, ja jestem jedyną rzeczą, którą mam obowiązek doskonalić w życiu. Kocham ludzi szaleńczo, kocham przyjaciół i rodzinę, ale nawet ich kocham poprzez siebie cenną. Nie wiem, jak to wyjaśnić, ale zaczęło wydawać mi się ważne zrozumienie tego, że ja to jest to, co muszę bardzo mocno chronić”.





