Tak naprawdę moje urodziny są 25 września. Więc zodiakalnie jestem Wagą. Moja mama zawsze mówi, że mój znak zodiaku odegrał nierealną rolę w moim charakterze. Choćby na przykład tym, że już drugi raz zmieniam bilety do domu podczas moich dwóch wyjazdów do Ameryki. W zeszłym roku zmieniłem je, bo zdecydowałem się jechać do San Francisco, a w tym, bo po prostu chciałem dłużej zostać z przyjaciółmi. Ale niestety nie było już potrzebnych mi biletów i jedyną opcją był wylot 24 września z Nowego Jorku. Czyli przylot do domu w urodziny. W zasadzie nie byłem przeciw, bo dzień wychodził wyjątkowy. Przylot do domu, a do tego urodziny.
Według planu 21 września miałem wsiąść w pociąg do Seattle i pomieszkać tam kilka nocy u Kelsey – jednej z sióstr Turner.
20-go miałem właśnie ostatnią zmianę. No, sami rozumiecie. Smutek i nawet jakaś samotność. Nie wiem dlaczego tak. Siedziałem przy wejściu do akademika, a wszyscy gdzieś zniknęli. Potem poszedłem dalej pakować swoje rzeczy i przyszła moja dziewczyna. Poprosiła mnie, żebym założył moją piżamę Batmana. Na moje pytania nie odpowiadała, a jedynie zmusiła mnie do przebrania się i pójścia za nią.
Kiedy zszedłem na dół, oczywiście czekała na mnie niespodzianka, od której odebrało mi mowę. Nie to, żeby mnie tak bardzo zdziwiła (w zeszłym roku przecież też tak mnie świętowali), ale po prostu ci ludzie tak się dla mnie przygotowali, i to było niesamowicie miłe.
No, jak już zgadliście, postanowili pogratulować mi wcześniej. I urządzić mi pożegnanie, co u nas było tradycją. Impreza była tematyczna. Kostiumowa. Dlatego wszyscy byli jakoś przebrani. Wyglądało to jak pokaz głupków, ale było to zbyt miłe.
Wszystkiemu towarzyszył typowy dla takich wydarzeń śmiech, zabawa, alkohol i tańce. A także, oczywiście, niezapomniane chwile:
Jak tu nie kochać tych debili, co?




