Kurczę, tak bardzo chciałam zacząć opis mojej podróży od pierwszego dnia, ale jak zwykle u mnie, wszystko zostaje na ostatnią chwilę. Ale najwyraźniej szop, który mieszka obok naszego domu, sprowokował mnie do wypełnienia tego bloga po 5 dniach.
Znaczy, leciałam świetnie, nie spałam, rozmawiałam z chłopakami, fotografowałam chmury i słuchałam radia na wysokości kilku tysięcy metrów.
W Waszyngtonie byliśmy strasznie zmęczeni, wcześniej w Rosji nie spałam przez dobę, a zmiana stref czasowych wprawiła mój organizm w SZOK.
Znaczy, po tym, jak R. i ja w końcu dotarliśmy do Newark, odkryłam zaginięcie telefonu komórkowego, który nie wiem po co wzięłam. Ale haczyk w tym, że w Waszyngtonie nawet działał!!!
Koniec, komórka zniknęła. Jeszcze włamali się do walizki, wszystko tam przekopali... Cudownie.
Szukanie mieszkania mocno mnie zmęczyło. 3 w nocy na Brooklynie ze złamaną walizką na zawsze zostanie w mojej pamięci.
Potem był Manhattan i jazzowe schronisko dla studentów. Pierwsza próba nawiązania kontaktu z krewnymi przez Skype nie przyniosła sukcesu.
Rozmowa z czarnoskórym wprawiła mnie w szok co do mojej znajomości angielskiego, cholera!!!!!
Dzień 1.
Z rana pełni energii poszliśmy szukać mi komórki... nie chce mi się pisać, do zobaczenia...

