Jak zdecydowałam się pojechać sama? Jak przez zablokowany paszport nie mogłam opłacić programu? Dlaczego sponsor nie potwierdził mojej oferty? Jak dostałam wizę 10 dni po odmowie? Jak spóźniłam się na samolot i nie dotarłam do miejsca moich marzeń? Jak siedziałam w trzecim rzędzie na finale najpopularniejszego show America's got talent? Jak leciałam helikopterem nad Arizoną? Zostańcie ze mną, wszystko opowiem.
Jeśli policzyć, ile razy przed obiema podróżami do Stanów usłyszałam frazę "widocznie nie było mi pisane", można zwariować. Wszystko szło nie tak, a dokładniej, nic w ogóle nie wychodziło. Nie wychodziło ani w 2016, ani w 2017 roku. Zacznę od samego początku.
O programie słyszałam dawno, ale wyjazdu specjalnie nie planowałam. Wiedziałam, że wymagana jest niemała suma, a i daleko jakoś. Teraz Ameryka wydaje mi się taka bliska, ale wtedy była dla mnie dalekim krajem ogromnych możliwości i wolności. Ale słowo klucz tutaj to - dalekim. Nie będę opowiadać, jak spędziłam lato 2015, ale myśl, że trzeba coś zmienić w swoim życiu, mocno zakorzeniła się w mojej głowie.
Studia na 2. roku dopiero się zaczęły, a ja pobiegłam do agencji dowiedzieć się o program Work and Travel USA. W programie wszystko mi odpowiadało, ale postanowiłam się nie spieszyć, bo nabór wtedy dopiero się otworzył. Dosłownie kilka dni później dowiedziałam się o innym programie wymiany, który pozwala spędzić semestr w Ameryce, ucząc się języka angielskiego i zanurzając się w kulturze kraju. Myśl o Work and Travel USA zeszła na drugi plan, i w czasie, gdy wszyscy moi znajomi zapisywali się na program Work and Travel USA, powoli, ale pewnie, sama tego nie uświadamiając sobie, posuwałam się do przodu do finałowej selekcji kandydatów na program wymiany. Włożyłam wtedy ogromny wysiłek (pisałam listy motywacyjne, zdawałam egzaminy, zebrałam setki papierów). Kiedy w marcu wielu moich przyjaciół przygotowywało się do rozmowy w konsulacie USA, ja wciąż czekałam na wyniki. Czekałam i rozumiałam, że jeśli nie zostanę finalistką programu wymiany, czasu na załatwienie dokumentów do Work and Travel USA będę miała katastrofalnie mało. I nie przeszłam. Dostałam list z podziękowaniem za udział i gratulacjami z powodu bycia jedną ze 100 najlepszych kandydatek. Dziękuję, oczywiście, pocieszyli. Moralnie przygotowałam się na taki wynik, ale łez powstrzymać nie mogłam. Szkoda było stracić tyle czasu i sił.
Do zamknięcia naboru na program Work and Travel USA zostawały liczone dni. Ale nie było nad czym myśleć, ten plan awaryjny miałam opracowany dokładnie. Przyszłam do biura i po prostu podpisałam wszystkie papiery, opłacając część programu. Nie potrzebowałam żadnych opowieści o tym, jakie możliwości otworzy przede mną lato w USA, wszystko wiedziałam sama.



