Bilety kupiłam 4 dni przed lotem, a walizki pakowałam w nocy przed wylotem. Cały dzień spędziłam w Moskwie i kilka godzin na lotnisku w Londynie. Lecieliśmy liniami British Airways (Moskwa-Londyn-Austin).
Nie spałam porządnie przez trzy doby, ale po przyjeździe do USA nie odczułam żadnego jetlagu. Po prostu zameldowaliśmy się w motelu, znaleźliśmy siły, żeby pospacerować wieczorem po okolicy i zasnęliśmy. Od teraz będę czasem pisać „my”, ponieważ okazało się, że nas takich „nieszczęśników” zmuszonych jechać do Teksasu było czworo.
To, co zobaczyliśmy, gdy wyszliśmy na spacer
Nasz ponury pokój, w którym spędziliśmy pierwszy tydzień
Widok typowej Ameryki, który roztaczał się z naszego motelu
Zapis z mojego osobistego dziennika:
„13 czerwca
No i jesteśmy na miejscu. Nawet nie chce się wierzyć, że to wszystko przeżyliśmy i w końcu zaczyna się nowy kawałek naszego życia.
Przylecieliśmy do Austin. Od razu zrozumieliśmy, że ludzie tutaj są naprawdę inni. Uśmiechają się i zawsze są gotowi pomóc. Pierwszą taką osobą była kobieta przy punkcie informacyjnym. Pomogła nam wezwać taksówkę, dała mnóstwo broszur, życzyła udanego wypoczynku. W zamian podarowaliśmy jej pamiątkę z Rosji. Właściwie taksówkarz był dość podejrzanym typem, za przejazd daliśmy mu 140 dolców (jechaliśmy prawie godzinę, odległość to jakieś 85 km; 120 za przejazd + 20 napiwku). W naszym „wypasionym” hotelu czekał na nas kolejny Hindus ze złymi wieściami o tym, że mogliśmy dojechać za 5 dolców autobusem i że w naszej restauracji okazuje się, że klientów prawie nie ma. Ale byliśmy tak zmęczeni, że woleliśmy wycofać się do naszego małego i ponurego pokoju. Nie spałam porządnie przez trzy doby, czułam się okropnie, ale mimo wszystko postanowiliśmy pospacerować po okolicy, zobaczyć, gdzie przyjdzie nam spędzić nasze lato. Plan dojścia do Walmartu spalił na panewce, wróciliśmy do domu i poszliśmy spać”.
Przez całe lato prowadziłam dziennik. Każdego dnia zapisywałam, co ciekawego się wydarzyło, co robiliśmy i jakie uczucia mnie wypełniały.
Pierwszy tydzień minął niepostrzeżenie. Mieszkaliśmy 5 minut od restauracji, w której pracowaliśmy, więc miasta za bardzo nie widzieliśmy. Spacerowaliśmy tylko po okolicy, opalaliśmy się nad najbliższą rzeką, chodziliśmy pieszo do Walmartu (prawie godzina w jedną stronę).
Kapelusz, swoją drogą, kupiłam pierwszego dnia. W końcu jestem w Teksasie czy nie?
Nic godnego uwagi się nie działo, pracowaliśmy (o pracy opowiem później), cieszyliśmy się wolnym czasem, ale powoli zaczynaliśmy się nudzić. Wszystko zmieniło się dokładnie tydzień później, kiedy nadszedł czas, żeby coś postanowić w sprawie mieszkania. Ale to już kolejna historia.




