Październik 2015 roku.
Byłem zwykłym studentem drugiego roku. Biegałem do bufetu po bułki, wagarowałem. Do sesji miałem wszystko gdzieś, zawsze chciałem spać, starałem się iść po linii najmniejszego oporu.
Ale pewnego dnia wszystko się zmieniło. Obudziłem się z takim uczuciem, jakby otworzyły się przede mną tajemnice wszechświata. W głowie wyraźnie utkwił mi sen: zaproszono mnie w gości do USA. Było tam tak super! I choć to był tylko sen, tak bardzo mi się spodobał, że zapaliłem się do pomysłu, by za wszelką cenę odwiedzić Amerykę. Musiałem za wszelką cenę tam polecieć, porównać i poczuć: czy naprawdę czujesz się tam tak szczęśliwy?
Znowu wagarując, rzuciłem się do komputera i gorączkowo zacząłem googlować, jak można odwiedzić USA.
Aha! Studencki program wymiany! To, czego potrzebowałem! Znalazłem stronę IEC.Exchange, zacząłem czytać o wymaganiach uczestnictwa w programie. Oceniłem swoje szanse: potrzebna była niemała suma pieniędzy, a mój angielski był na poziomie „London is the capital of Great Britain”. Zdawałem sobie sprawę, że raczej nie uda mi się tak od razu spełnić mojego nowego marzenia.
Po rozmowie z rodzicami i rozważeniu wszystkich „za” i „przeciw”, postanowiono, że pojadę w przyszłym roku. Moja motywacja była ogromna! Kilka dni później zapisywałem się już na kursy angielskiego i szukałem pracy dorywczej.
