Ameryka... Słowo, które przechowuje w sobie tyle ciepłych wspomnień, dopadających cię od stóp do głów niczym tsunami w chwilach nostalgii. Jestem pewna, że dla każdego wyjazd w ramach Work and Travel stał się punktem zwrotnym w życiu. Staliśmy się bardziej odpowiedzialni, pracowici, tolerancyjni, dojrzalsi, mniej wybredni, a co najważniejsze, nauczyliśmy się cenić czas i nie marnować go na próżno.
Nużące loty do Nowego Jorku z siedmiogodzinną przesiadką w Helsinkach, dwie doby bez snu były zdecydowanie warte tego, by w końcu znaleźć się w stolicy świata! Nowy Jork, kocham cię – oto co w tamtej chwili chciałam wykrzyczeć. Te ogromne wieżowce, majestatycznie sięgające nieba, ta żółta taksówka, trąbiąca zewsząd, te niekończące się tłumy turystów, z ciekawością oglądające zabytki, te oślepiające światła nieśpiącego Times Square. Taki Nowy Jork ukazał się przede mną.
W pewnym momencie poczułam się jak bohaterka filmu o dziewczynie z małego syberyjskiego miasteczka, która znalazła się w centrum szalonej metropolii w poszukiwaniu przygód. Swoją drogą, te przygody udało jej się znaleźć)
Po powłóczeniu się po Nowym Jorku i spędzeniu nocy w Starbucksie, udaliśmy się na dworzec autobusowy, skąd zabrał nas autobus do Lake George. To małe miasteczko, dokąd Amerykanie przyjeżdżają w celu spędzenia spokojnego, cichego wypoczynku. Wokół malownicze lasy, dzika przyroda, a co najważniejsze, jezioro Lake George, lub jak je inaczej nazywają ”queen of American lakes”, główna atrakcja miasta. Ale oprócz naturalnych piękności, miasto nie było pozbawione rozrywek na każdy gust i kolor: tutaj można znaleźć muzea, parki rozrywki, wycieczki statkiem, loty na spadochronie za motorówką, ogromną liczbę restauracji, barów, kawiarni, a także w każdy czwartek dawali koncerty na żywo w lokalnym parku. Na początku sezonu odbywał się nierealny ”Bike week”. Przez tydzień ulice miasta były wypełnione najfajniejszymi motocyklami, od klasycznego stylu retro po nowoczesne modele. Ryk silnika, roznoszący się po całym mieście, pobudzał do szpiku kości. A pod koniec sezonu czekał nas ”Car Show”, impreza poświęcona już samochodom. Widok był nie lada! Amerykanie potrafią odpoczywać i bawić się.
Swoją drogą o Amerykanach. Nie taki u nich znowu naciągany ten uśmiech)
Zauważyłam, że oni każdego człowieka z góry uważają za dobrego, i dopóki nie zepsułeś o sobie wrażenia, bądź miły, zaakceptuj ich uśmiech i uśmiechaj się w odpowiedzi. W Ameryce tak to działa) Do ich mentalności, w rzeczywistości, szybko się przyzwyczajasz, a dokładniej do ich bezgranicznej uprzejmości i ciągłego ”excuse me” i ”have a good day”. Także Amerykanie nie szczędzą komplementów. Pewnego razu przy kasie w supermarkecie miła dziewczyna powiedziała mi: ”I really like your outfit!”, co mnie lekko zmieszało, a jednocześnie było miłe. No nie jestem przyzwyczajona do komplementów od nieznajomych))) ”Your English is so good” lub ”Oh, such a beautiful handwriting” – oto co także można było usłyszeć) Ludzi z nadwagą tam nie jest tak dużo, i w ogóle uważam to za najbardziej rozpowszechniony mit. Amerykanie uprawiają sport, dbają o zdrowie, może nie wszyscy, ale większość.
Całe lato przepracowałam jako pokojówka w małym hotelu tuż nad brzegiem jeziora. Czasami sprzątać pokoje pomagały kaczuszki, z ciekawością spacerujące wzdłuż tarasu i zaglądające we wszystkie drzwi. Oprócz mnie, tam pracowali też inni studenci. Ktoś z Turcji, ktoś z Albanii, ktoś z Gruzji, ktoś z Kazachstanu. Prawdziwa wymiana kulturowa)
W wolnym czasie chodziliśmy na plażę, do kina lub po prostu spacerowaliśmy po przytulnych uliczkach Lake George. Ale coś zapamiętałam najbardziej. Dzień, kiedy udało nam się zdobyć darmowe bilety i wybrać się do parku rozrywki ”Great Escape”. To było coś! Przyszliśmy 3 godziny przed zamknięciem i zdecydowaliśmy, że będziemy jeździć tylko na atrakcjach z czerwoną adnotacją ”maximum thrill”. Dziecięce marzenie się spełniło. Jak ja krzyczałam, i nie tyle ze strachu, co z przepełniających mnie emocji. Sami Amerykanie siedzieli z kamienną twarzą, a dzieci jeździły po kilka razy z rzędu. Ale mi wystarczył jeden raz)
Do parku dotarliśmy lokalnym czerwonym autobusem, który był jedynym dostępnym dla nas środkiem transportu. Objeżdżał cały Lake George i zaglądał do sąsiednich miast. Przejazd - 1 dolar, co było na kieszeń i nie trzeba było wydawać na tego samego Ubera.
Ale z usług Ubera jednak trzeba było korzystać. I dzięki temu serwisowi zauważyłam, że Amerykanie są bardzo ciekawi i lubią porozmawiać) ”Where are u from?” od tego pytania zaczyna się każda ciekawa rozmowa. Podjeżdżając do domu, wy i kierowca jesteście najlepszymi przyjaciółmi i na pożegnanie życzycie sobie dobrej nocy))
W Lake George działała organizacja ”Student’s connection”, która urządzała darmowe śniadania i kolacje, a także organizowała różne wycieczki dla studentów. Jedna z tych wycieczek była do Bostonu. O 6 rano staliśmy już na przystanku w towarzystwie jeszcze 100 studentów i z niecierpliwością czekaliśmy na autobus, który zaraz miał nas zabrać do stolicy Nowej Anglii. 3 godziny w drodze i Boston!! Niewiarygodnie piękny, zadbany i mądry Boston. Wszędzie zapach kawy i świeżej gazety. Zajrzeliśmy do Harvardu, pospacerowaliśmy po centrum, przeszliśmy się po Quincy Market. Koniecznie tam wrócę)
Nowi przyjaciele, nowe doświadczenie życiowe, nowe wrażenia – to, co niewątpliwie daje udział w programie ”Work and Travel”. Ale jednocześnie każdy dla siebie znajduje w tym coś swojego, co zmienia go od wewnątrz i czyni lepszym.



