Drugi dzień zaczął się naprawdę fatalnie. Nasz lot został odwołany! Najciekawsze jest to, że powodem był huragan... Wszystko byłoby wiarygodne, gdyby nie wysłali e-maila dwa dni przed lotem (no cóż, nie sprawdzamy poczty tak często, choćbyście nie wiem co robili). Od kiedy to synoptycy stali się tak dokładni, że przewidzieli huragan z 3-dniowym wyprzedzeniem i odwołali nasz lot?
Ale to nie wszystko. Wisienką na torcie było to, że na następny dzień mieliśmy kupione bilety do parku rozrywki za niemałą sumę, a lot następnego dnia by nas nie uratował 
Po ostrej kłótni (tak, teraz potrafię się już ostro kłócić nawet po angielsku) z pracownikami linii lotniczych, znaleźli nam lot bezpośredni. Problem polegał na tym, że był z Filadelfii, a odprawa kończyła się za godzinę, podczas gdy droga do Filadelfii zajmuje 1,5 godziny...
Cóż, tutaj wypróbowaliśmy całe nasze szczęście i postanowiliśmy zaryzykować. Na 3 minuty przed zamknięciem odprawy wpadliśmy na lotnisko (wielkie dzięki dla kierowcy, który zdołał złamać wszystkie możliwe przepisy, żebyśmy zdążyli). Tak dotarliśmy do Los Angeles. Potwornie zmęczeni, potwornie głodni i tak potwornie szczęśliwi!
I poszliśmy na spacer!

