Na zajęciach często myślę o rzeczach niezwiązanych z nauką, zwłaszcza jeśli wykład jest śmiertelnie nudny. W jeden z takich dni pomyślałam o najbliższym wyjeździe za granicę. Oczywiście pomysłów było wiele, ale jak zwykle wszystko rozbijało się o pieniądze. Postanowiłam podzielić się swoimi pomysłami z przyjaciółką, na co ona mi mówi: „A może pojedziemy na Work and Travel USA? Zarobimy pieniądze i zobaczymy Amerykę, to przecież nasze marzenie, a potem będziesz mogła za te pieniądze podróżować”. Długo się nie zastanawiając, po rozmowie z rodzicami, doszłyśmy do wspólnego wniosku. Następnego dnia od razu podjęłam decyzję o zbieraniu dokumentów do udziału w programie.
Swoją drogą, to było w 2018 roku i nie załatwiałam tego przez CMO. Nie powiem, żeby proces zbierania dokumentów obył się bez bólu głowy, ale myśl o tym, że za kilka miesięcy będę w Ameryce, motywowała mnie do przejścia przez wszystkie trudności, bo wiedziałam, że efekt wynagrodzi całą przebytą drogę.
Ach tak, zapomniałam dodać, że wyjazd do Ameryki był moim najskrytszym marzeniem. Od czasów szkolnych przyzwyczajałam się do języka angielskiego, słuchałam muzyki, oglądałam seriale, cała ściana była obwieszona plakatami amerykańskich gwiazd. W dzieciństwie mówiłam nawet babci: „Wyjadę do Ameryki, znajdę sobie Amerykanina i tam zostanę”. A tu taka szansa na wyjazd do Ameryki. Jeśli ją zmarnuję, będę żałować przez całe życie. Prawie „mieszkałam” w biurze, przychodziłam kilka razy w tygodniu, zadawałam mnóstwo potrzebnych i niepotrzebnych pytań, jakby to miało coś zmienić.
I tak niepostrzeżenie nadszedł dzień rozmowy o wizę. Chyba zapamiętam ten dzień na całe życie, bo tak gorzko nigdy nie płakałam. Dzień był strasznie pochmurny, lał deszcz. Bardzo się denerwowałam, w końcu to był pierwszy wyjazd za granicę, na dodatek na inny kontynent. Wszystkie te myśli zbijały mnie z tropu. Wszystko zaczęło się dobrze, nastawiałam się na pozytywne emocje, starałam się nie denerwować. Rozmowa trwała dosłownie kilka minut i dostałam niebieską kartkę, co oznacza odmowę wizy. Jak naiwne dziecko próbowałam przekonać konsula, ale w głębi duszy wiedziałam, że moje próby są daremne. Swój błąd zrozumiałam od razu, ale jak to mówią – pociąg odjechał. Osobiście dla mnie było to gorsze niż złamane serce, bo tylko ja mogłam tak absurdalnie zmarnować marzenie całego swojego życia.

