Mieszkamy w Kings Beach nad jeziorem Tahoe. To obłędnie piękne miejsce, do którego przyjeżdżają na wypoczynek ludzie z San Francisco i innych dużych i małych miast. To tylko po to, żebyście mogli to sobie wyobrazić.
„Twenty three dollars and three cents, please” albo o stosunku do Rosjan.
-
„Poproszę dwadzieścia trzy dolary i trzy centy” – mówię pewnie i wyraźnie do Amerykanina. I oto kolejna fraza, do której przez trzy miesiące zdążyłam się już przyzwyczaić:
-
„Oczywiście, chwileczkę. Tylko pozwól, że zapytam, masz taki wspaniały akcent, skąd jesteś?”
-
„Jestem z Rosji, z Petersburga.”
-
„Wow! Świetnie, to przecież miasto kultury! Jak przebiegają Mistrzostwa Świata w piłce nożnej? Widziałem w internecie, że zbudowali taki stadion, chyba właśnie w Petersburgu. A opowiesz coś o Ermitażu albo o stolicy Rosji? A tak w ogóle, na jak długo do nas przyjechałaś? Podoba ci się tutaj? Mam na imię Thomas, a ty? No to see you later, wielkie dzięki, miłego dnia i oczywiście welcome to America!”
Swoją drogą, właśnie dlatego wszyscy już znają moje imię i witają się ze mną na ulicy – to takie miłe
Taki dialog to typowa sytuacja, która zdarza się każdego dnia. Język mi już kołkiem staje od opowiadania wszystkim tego samego, ale oni naprawdę są po prostu ciekawi, a niektórzy nawet pytają, ile kosztuje bilet i mówią, że też chcieliby tam pojechać. Spotkałam nawet takich, którzy już byli w Petersburgu i mówili, że na zawsze skradł ich serca.
Przez cały ten czas nie spotkałam się z żadną negatywną reakcją. Kilka razy pytali, skąd ten akcent, a po usłyszeniu mojej odpowiedzi odpowiadali: „A, jasne! Od razu się domyśliłem”. Rozmawiałam z różnymi ludźmi i ani razu nikt nie zapytał o politykę, o naszego prezydenta itp. Wydaje mi się, że oni w ogóle nie wiedzą, że istnieją jakieś sankcje czy coś w tym stylu. Wszyscy są przyjaźni i niesamowicie towarzyscy. A ze swojego prezydenta często sami się śmieją.

