Dużo nam opowiadano o niedźwiedziach w Kalifornii. Prawdę mówiąc, opisywano je jako zwykłe pieski, które są całkiem małe, ledwo chodzą i nikogo nie zaczepiają. Przez połowę czerwca szalenie chcieliśmy spotkać takiego „pieska” na żywo, ale nasze pragnienie trwało do momentu, gdy postanowiliśmy odpocząć i wypić trochę whisky. Wychodzę więc na balkon, żeby zaczerpnąć świeżego nocnego powietrza, gdy nagle widzę ogromne, nie, OGROMNE zwierzę, które elegancko stawia swoje silne łapy na drodze. Oczywiście myśl, która zrodziła się w Petersburgu, a mianowicie – pogłaskać słodkiego misia, natychmiast zniknęła, a i na whisky jakoś przestałem mieć ochotę.
Po tym zdarzeniu prawie każdej nocy w drodze do domu spotykamy niedźwiedzie. W dzień chowają się w lesie, a po zmroku, gdy jest cicho i nikogo nie ma, szukają „łatwego” jedzenia, czyli w śmietnikach. Policja bardzo dokładnie pilnuje, aby mieszkańcy, właściciele kawiarni i sklepów mieli obowiązkowe zabezpieczenia na kontenerach. Chodzi o to, że niedźwiedź, najadłszy się takim łatwo dostępnym pokarmem, przestaje polować, nie zapada w sen zimowy, a następnie umiera. I niestety, niedźwiedzie i tak dają radę włożyć swoje łapy w każdą szczelinę i otworzyć przynajmniej część kontenera.
Mieszkańcy wieszają przy wejściach do swoich domów przewody z regulowanym prądem, ponieważ zdarzają się przypadki, gdy niedźwiedź włamuje się do domu i zjada całe jedzenie w kuchni, a lokalna policja jeździ za nimi samochodem i stara się odesłać je z powrotem do lasu. Przypadki ataku na człowieka nad jeziorem Tahoe nie zostały odnotowane. Ludzie specjalnie się ich nie boją, ponieważ przestrzegają zasad zachowania przy spotkaniu z niedźwiedziem.
Nie bez powodu na fladze Kalifornii widnieje grizzly.
P.s. a za naszym sklepem po prostu mieszka ogromna rodzina szopów.

