W Rosji przepracowałam w hotelu dokładnie pół roku. Mój grafik to była doba pracy na trzy dni wolnego. Szczerze mówiąc, pracowałam bardziej dla zdobycia jakiegokolwiek doświadczenia niż dla pieniędzy. Moja pensja wynosiła 22 tys. rubli miesięcznie – przeżyć się za to nie da, ale na kieszonkowe wystarczy. Kierownictwo uznało, że w recepcji tak „perspektywicznego” apart-hotelu powinni pracować wykwalifikowani pracownicy z dyplomem, w końcu zapewniają taką „ogromną” pensję i zna ich cały świat, a ja, będąc wtedy studentką 3. roku, nie miałam tam czego szukać. Właściwie nasza „współpraca” zakończyła się dokładnie miesiąc przed moim wyjazdem do Stanów.
Po przyjeździe do USA, do stanu Kalifornia, jak wszyscy już się domyślili, zatrudniliśmy się w sklepie „7-11” (to duża sieć sklepów, popularna w Ameryce). Do moich obowiązków należało: nabijanie towaru na kasie, dbanie o czystość sali, przyjmowanie dostaw, wykładanie towarów i pomaganie klientom. Zmiany głównie po 8 godzin, 5-6 razy w tygodniu. Pensja – 13$ za godzinę. Jeśli powyżej 8 godzin, stawka wzrasta dwukrotnie. Dodatkowo, jako pracę dorywczą, zatrudniliśmy się w klubie golfowym. Do naszych obowiązków należało pomaganie głównemu trenerowi. Stawka – 13$ za godzinę. 2-3 razy w tygodniu po 5-6 godzin.
Pewnie powiecie: „no tak, tam wszystko jest drogie, więc wychodzi na to samo co u nas”. Otóż za te pieniądze wynajmujemy mieszkanie za 250$ na dwoje (tygodniowo), na jedzenie wydajemy ~20$ co dwa dni, na markowe i mniej markowe ciuchy ~?, 3 dni w San Francisco ~ 350$, a do tego każdy z nas odkłada na podróże. Ogólnie rzecz biorąc, pracując na zwykłej pracy, można tu godnie żyć, najważniejsze to nie chorować. A co dopiero mówić o ludziach, którzy mają godne źródło dochodu.

