Miesiąc się kończy, zaczyna się nowy, i za każdym razem to samo – szukanie chaty, przeprowadzki, rachunki. A wszystko dlatego, że po miesiącu rozumiesz – tak żyć się nie da. Po dusznym basementcie kapitan znalazł swoje schronienie na Staten Island, z dala od zgiełku i bliżej miejsca pracy dorywczej. Jak w każdym miejscu zamieszkania, są tu swoje plusy i swoje minusy. Najzimniejszy kamień poczułem, gdy wracałem późno w nocy do domu z Brighton. Trasa zaczynała się o 1:30 ze stacji Brighton, dalej przesiadka na stacji Coney Island na pociąg N do Bensonhurst, stamtąd na pociąg R do Bay Ridge i już stamtąd autobusem do domu. Będąc absolutnie pewnym, że autobusy kursują całodobowo, o 2:30 stałem już na przystanku w Bay Ridge. Rzeczywiście, autobusy kursują całodobowo... wszystkie... oprócz tego, którego potrzebowałem! Więc, Bay Ridge, wpół do trzeciej w nocy, na plecach portfel wypchany produktami (bo według legendy miał mnie odebrać sąsiad samochodem), ale najgorsze jest to, że jak zawsze NAGLE O_o uderzył chłód, a ubrany byłem, delikatnie mówiąc, letnio. Tańce z bębnem nie pomagały ani się rozgrzać, ani przywołać autobusu. Wypuszczając całkiem spory kawałek moich emocji, powiem, że jednak o 5:40 autobus przyjechał i na 7 rano byłem niby już w domu, a na 10 trzeba było już być w pracy. Bardzo smutna historia. Na moje szczęście – przyjemnych stron jest więcej (choć w tamtym momencie chęć do życia była dość wątpliwa). Prywatny dom, drugie piętro, oddzielny pokój, po remoncie, są meble do siedzenia/leżenia/wiszenia. W ogóle sam dom jest świetny. Właścicielka – nauczycielka języka rosyjskiego. W domu prawie jej nie ma – albo na daczy, albo w pracy. W basementcie mieszka jej syn z narzeczoną.
Ten towarzysz zasługuje na osobny akapit. Jeszcze kiedy pierwszy raz przyjechałem oglądać pokój, pierwsze, na co padł mój wzrok – basówka stojąca w kącie. Właściwie od tego momentu zrozumiałem, że tu zostanę. Właścicielka opowiedziała mi o synu, że jest muzykiem i tak dalej. Przyjemni sąsiedzi – to zawsze dobrze. Przy przeprowadzce poznałem go bliżej. Oczywiście pierwsze, co mnie interesowało – kiedy grał, gdzie, co i z kim. Teraz kapitan może z BARDZO WAŻNYM WYRAZEM TWARZY powiedzieć, że mieszka w sąsiedztwie z gościem, który imprezował, pił i grał na jednej scenie z takimi chłopakami jak CANNIBAL CORPSE, BEHEMOTH, CHILDREN OF BODOM, DIMMU BORGIR, razem z CHIMAIRA nagrywał na ROADRUNNER RECORD jedną piosenkę (bas), ...dalej mój słuch przytępił się, ale to jeszcze nie wszystko. Przy czym opowiadał o tym z taką niewzruszoną miną, jakby wszyscy tylko tym się zajmowali xD. Może tak jest, kto wie, po prostu ani grama patosu w jego głosie nie usłyszałem. Po 9 latach metalu rzucił to zajęcie i zaczął pisać trance, przy czym całkiem niezły, a nie jakieś wieśniackie techno jak u nas.
No i do pracy teraz dojeżdżać nie 2 godziny, a 25 minut. Swoją drogą, dzisiaj poczułem się jak Bender z Futuramy, bo dzisiaj cały dzień... zginałem O_o. Powiedziałbym nawet, że dzisiaj pełniłem rolę taśmociągu, który zgina i zszywa książki. Dla tych, co w pociągu pancernym – są wydrukowane książki formatu mniej więcej A4 (tutaj i tak inne wymiary), nakład 1000 egz., zadanie Bendera – konwertować format A4 na A5 (znowu mniej więcej) poprzez równe zgięcie na pół, i późniejszym zamocowaniem materiału superzszywaczem. Przy czym dzień przed tym, te arkusze A4 były arkuszami A3, ale zostały niemiłosiernie pocięte przez kapitana na piekielnej maszynie tnącej. Praca choć żmudna, za to nie trudna. Płacą choć nie złote góry, za to smacznie karmią i czasem nawet piwem częstują.
Na innym froncie pracy niespokojnie. Amerykańska biurokracja nie pozwala mi zatrudnić się na łódź. Żeby zrobić security license, muszę zrobić lokalne ID (Non-driver license). Odstawszy godzinę w kolejce rano (to swoją drogą jeszcze całkiem nieźle na samym początku stałem), oficer powiedział mi, że potrzebny jest jeszcze jeden dokument potwierdzający tożsamość oprócz paszportu, SSN, DS-2019 – to karta bankowa. Reszta dokumentów, choćbyś pękł, nie przechodzi. W tamtym momencie miałem tymczasową kartę, gdzie nie było żadnych oznak mojego posiadania jej (mądrali, myślących, że trzeba było pokazać rosyjską kartę bankową lub ISIC – prośba... uderzcie głową w słup). Mam nadzieję, że już jutro będzie leżeć u mnie pod drzwiami, i w poniedziałek znowu pójdę stać w kolejce. Póki ten proces biurokratyczny jest uruchomiony, powoli będziemy szukać jeszcze wakatów. Plusem jest to, że większość J-1 mieszka w Brooklynie, dlatego tutaj trochę łatwiej się oddycha.


