Jednak nawet bez doświadczenia zdążyłam już zanurzyć się po uszy we wszystkich przyjemnych i mniej przyjemnych sprawach... Właściwie to zostałam wręcz wepchnięta głową w beczkę tych spraw i czekają, aż się zachłysnę, jak w filmach z lat dziewięćdziesiątych, bo przynajmniej wszystko okazało się trudniejsze, niż oczekiwałam: wypełnianie ankiet, przejście rozmowy kwalifikacyjnej (gdzie musiałam opowiadać o robieniu makaronu z serem, co było skrajnie nieoczekiwane, to dosłownie zabiło całą moją strategię odpowiedzi i taktykę obrony), wybijanie ofert (offer) od nieszczęsnych pracodawców (czego w zasadzie można uniknąć, jeśli wybierze się full-service) i tak dalej. Najbardziej stresującą częścią jest przejście rozmowy o wizę do USA. Ale najpierw trzeba zbadać całą stronę ambasady, przeczytać mnóstwo informacji, wypełnić ankiety i zarezerwować miejsce na rozmowę, dotrzeć do ambasady, opłacić MRV Fee, znaleźć zakwaterowanie i, co jest najprzyjemniejszą częścią wyjazdu, pomieszkać w innym kraju przez około tydzień.

