Aleksiej, Magnitogorsk
«Zakochałem się w tym kraju od pierwszego wejrzenia!!!».
Aleksiej
WITAMY W REPUBLICE POŁUDNIOWEJ AFRYKI
Od czasów szkolnych marzyłem o odwiedzeniu tego tajemniczego i zupełnie nieznanego większości naszych rodaków kraju. Tak się historycznie złożyło, że ze względu na ówczesny reżim polityczny w RPA, ZSRR (o ile mi wiadomo) przez długie lata nie utrzymywał z nim żadnych stosunków dyplomatycznych. Aż do upadku tego właśnie reżimu politycznego — apartheidu (z angielskiego „apartheid” — oddzielne życie, w tym przypadku na tle rasowym). ZSRR jednak przestał istnieć trzy lata przed południowoafrykańskim apartheidem. Nowa Rosja nawiązała stosunki dyplomatyczne z RPA. Jednak obywatele Rosji w większości nadal niewiele wiedzą o tym wyjątkowym kraju, poza pewnymi stereotypowymi wyobrażeniami (zresztą, jak o większości innych krajów na kontynencie afrykańskim). Więc odkrywanie nowej Republiki Południowej Afryki dopiero przed nami!
Nawiasem mówiąc, ten młody kraj w 2009 roku będzie miał zaledwie 15 lat!
A nowy stał się dzięki radykalnym zmianom we wszystkich sferach polityki, gospodarki, społeczeństwa i mentalności. Te zmiany dopiero się zaczęły. Najbardziej potencjalnie niebezpieczne czasy dla kraju i jego mieszkańców są już za nami, ale przed tą młodą perłą kontynentu afrykańskiego jeszcze wiele ostrych zakrętów.
«Witamy w Republice Południowej Afryki!» — wyświetliło się na wyświetlaczu mojego telefonu powitanie z informacją o warunkach roamingu, gdy podlatywaliśmy, krążąc nad imponującym rozmiarami Johannesburgiem i lotniskiem O.R. Tambo. Przez okna iluminatora widziałem wieżowce Hillbrow, lokalnego Manhattanu... To były dla mnie pierwsze minuty i pierwsze wrażenia z kraju. Bardzo przyjemne wrażenia, stopniowo przeradzające się w euforię od samego zrozumienia, że jestem w RPA!!!
A w ogóle, oczywiście, dziwne myśli pojawiały się jeszcze podczas podlotu, gdy samolot powoli zniżał się najpierw nad Pretorią, potem nad Johannesburgiem, dając pasażerom doskonałą okazję do obejrzenia całego tego megamiasta z lotu ptaka. W dole powoli przepływały najpierw schludne pola uprawne, potem przedmieścia, swego rodzaju „jednopiętrowa Ameryka”, potem strefy przemysłowe, dzielnice biznesowe z wieżowcami, pola golfowe, stadiony, tor wyścigowy, autostrady... I wszystko schludne i równe. A myśli były dziwne, ponieważ byłem zdumiony, że to wszystko znajduje się w Afryce!
A o krajach tego kontynentu większość naszych rodaków ma zupełnie inne wyobrażenie. Dziwne wydały mi się moje myśli również dlatego, że spodziewałem się zobaczyć RPA właśnie taką! Dużo o niej czytałem i długo studiowałem ją zaocznie, ale i tak byłem powalony i mile zaskoczony.
Dalej byli przyjaźni czarnoskórzy celnicy, mili pracownicy lotniska, gotowi do pomocy. Przesiedliśmy się na lot do Kapsztadu, gdzie czekała na nas kolejna porcja wrażeń. Było chłodno tego dnia. Zaczynała się lokalna wiosna.
Byliśmy pod niemałym wrażeniem slumsów (townshipów) przy trasie z lotniska „Khayelitsha”. Były to tak zwane „domy dla czarnych biedaków, nielegalnych imigrantów i wszelkiego rodzaju szumowin”.
Za to przy wjeździe do centrum otoczyły nas bardzo fajne dzielnice, tonące w zieleni. I wreszcie najbardziej oszałamiający widok otworzył się przy wjeździe do centrum, na zjeździe z góry. Całe miasto, zatoka, ocean, Góra Stołowa... — wszystko jak na dłoni. Niezapomniane minuty niesamowitego zachwytu, przeżyte pierwszego dnia w Kapsztadzie, poznani tam ludzie — wszystko to sprawiło, że na zawsze zakochałem się w tych stronach.
— O rany!!! Nie wierzę własnym oczom! — dziwiłem się, patrząc na boki i łapiąc oddech od przepełniającego mnie zachwytu i radości.
Przed RPA, dwa razy po cztery miesiące, jeździłem w ramach programu studenckiego do Ameryki. Tam było w porządku, ale Ameryka mnie nie wciągnęła. Czego nie mogę powiedzieć o Republice Południowej Afryki.
Kiedy zebraliśmy się we troje: ja, Liza i Alisa, chcąc gdzieś pojechać, zaproponowałem RPA. Dziewczyny nie stawiały oporu. Tym bardziej, że właśnie skończyliśmy uniwersytet, bardzo chcieliśmy wyrwać się gdziekolwiek i niewiele nas trzymało, podczas gdy szans na wyjazd gdzieś indziej na tak długo, jak studenci, praktycznie już nie mieliśmy. Jeszcze przed nami majaczyła rosyjska jesień i zima, podczas gdy zimowe lato w RPA wydało nam się bardzo kuszące. Zresztą, nie pomyliliśmy się.
Z zapałem i entuzjazmem zabraliśmy się do przygotowań do wyjazdu. Wkrótce dowiedzieliśmy się i oczywiście bardzo się ucieszyliśmy, że pojedzie z nami jeszcze jedna dziewczyna — Dasza z Petersburga. Nie pamiętam, kto kogo pierwszy znalazł: ona nas, czy my ją, ale znaleźliśmy się chyba przez czat CMO poświęcony RPA. Choć może już coś mylę...
I wszystko było gotowe, zebraliśmy się, pojechaliśmy i przybyliśmy!
Po spotkaniu na lotnisku przywieziono nas do „Ashanti-house”, zakwaterowano. Dasza leciała innymi liniami lotniczymi i zakwaterowano ją w „SASTS-house”, ale dopięła swego, żeby ją przenieśli do nas.
Pierwszy tydzień, powiem szczerze, po prostu się obijaliśmy! Jeździliśmy na wycieczki, o nic się nie martwiliśmy: ani o pracę, ani o mieszkanie nawet nie myśleliśmy. Konieczność pojawiła się później. Przy czym od razu ostro i konkretnie: trzeba było się wyprowadzać!
Zapłaciliśmy za trzy dni pobytu w „SASTS-house” i zaczęliśmy szukać mieszkania na dalsze życie w Kapsztadzie. Nawiasem mówiąc, szukać go można na trzy sposoby: przez agencje, z ogłoszeń w gazecie i z ogłoszeń na stronie internetowej (użyliśmy do tego www.gumtree.co.za).
Obejrzeliśmy chyba pięć mieszkań i zatrzymaliśmy się na ostatnim wariancie, jako najbardziej odpowiednim dla wszystkich. Zamieszkaliśmy w Green Point. Potem — zaczęliśmy szukać pracy. W SASTS doradzili nam Kubana i wszyscy tam poszliśmy. Pierwsza stamtąd odeszła Daszka. Potem ja. A ostatnie Liza z Alisą. Liza zatrudniła się w innym miejscu, a Alisa pracowała do grudnia, po czym po miesiącu z kawałkiem postanowiła wracać do domu. A przedtem chciała jeszcze pospacerować, zobaczyć miasto, odpocząć.
Zatrudniłem się jako barman w restauracji na Waterfront. Tam pracowałem przez pół roku.
Z Alisą się rozstaliśmy, a ja poznałem lokalną dziewczynę i zacząłem się z nią spotykać. Poznaliśmy się w restauracji — pracowaliśmy razem.
A potem zaczęło się zwykłe życie, jak u każdego mieszkańca RPA.
Przez prawie osiem miesięcy, które mieszkałem i pracowałem w Kapsztadzie, zdążyłem nieźle poznać miasto i okolice, regularnie robiąc jakieś wypady. To autobusem, to pociągami podmiejskimi. A czasem samochodem z przyjaciółmi.
A w marcu dwa tysiące ósmego roku wybrałem się w wielką podróż — do Namibii!!!
Nikt nie mógł mi towarzyszyć: moja dziewczyna pracowała, Liza też. Katia niedawno przyjechała, nie miała głowy do wyjazdów. Zresztą ona też pracowała. Ira poleciała do Ałmaty. Pomyślałem, pomyślałem i kupiłem bilet autobusowy do Windhuk — stolicy Namibii.
Jechałem całą dobę, w drodze poznałem chłopaka-Niemca, dziewczynę z Nowej Zelandii, jeszcze jedną z Izraela i chłopaka-Amerykanina. Wyszła nam niesamowita mieszanka: najbardziej zdumiewające jest to, że wszyscy spotkaliśmy się w Namibii!!! Bardzo się z nimi wszystkimi zakumplowaliśmy, zwłaszcza z Nowozelandką, Amerykaninem i Izraelką. Niemiec po Windhuk ruszył dalej, a my, zamiast początkowo planowanego jednego dnia w stolicy, utknęliśmy tam na trzy. W sumie, jako kraj, Namibia niewiele różni się od RPA, z wyjątkiem krajobrazów. Słynie z niesamowitego piękna pustyń.
Są tam takie szaleńczo długie, biegnące w nieprzejrzaną dal autostrady i nikogo na dziesiątki kilometrów! Wiecie dlaczego? Liczba ludności w kraju to dwa miliony ludzi, a to na terytorium wielkości Ukrainy! Miasteczka są całkiem małe. Sam Windhuk jest niewielki i nie ma w nim zbyt wiele do zobaczenia. Ale głównym pięknem Namibii, podobnie jak RPA, jest jej unikalna przyroda.
Po wesołych trzech dniach w naszej różnorodnej grupie, wszyscy ruszyliśmy w swoją stronę. Ja — do Kapsztadu. Wyszedłem na trasę i zacząłem łapać stopa. Tutaj autostop w zasadzie nie jest zbyt rozpowszechniony, ale mimo to część drogi udało mi się pokonać właśnie w ten sposób.
Najbardziej z tej podróży zapamiętałem drogę. Podobał mi się ruch! Bez końca jechać i jechać, cały czas poznając różnych ciekawych ludzi. Namibia to moim zdaniem kraj bajkowy!
W marcu 2008 roku do portu w Kapsztadzie przybył rosyjski statek naukowo-badawczy „Akademik Fiodorow”. Poznaliśmy profesora z tego statku i bardzo się z nim zaprzyjaźniliśmy. Na koniec nawet wymieniliśmy się koszulkami, a profesor zaprosił mnie jesienią dwa tysiące ósmego roku w rejs na Antarktydę! Bardzo się ucieszyłem!
I w listopadzie wypłynąłem „flagowcem rosyjskiej floty” w rejs. Zimę spędziłem na Antarktydzie (gdzie, nawiasem mówiąc, też o tej porze roku, jak i w Afryce, jest lato). Najzimniejsza pogoda w tym okresie wynosiła minus dziesięć stopni!!!
Na Antarktydzie o tej porze roku przez całą dobę jest dzień, słońce w ogóle nie zachodzi za horyzont. A podczas tamtejszej zimy, przeciwnie, słońce nigdy nie pojawia się nad horyzontem. Dziwne i niesamowite miejsce! W którym czasami bywa niezwykle pięknie!
Po powrocie z rejsu planuję przenieść się, przynajmniej na tymczasowe miejsce zamieszkania, do Kapsztadu. Okazało się, że bez tego miasta po prostu nie potrafię już żyć i bardzo za nim tęsknię! Byłoby wspaniale spędzać tam naszą zimę, a latem wracać do Magnitogorska. Latem u nas też jest dobrze.
Pamiętam, kiedy mieszkałem w Kapsztadzie, pisałem do domu lub rozmawiałem przez telefon, kiedy mowa schodziła na temat lokalnej ludności, nikt mnie z jakiegoś powodu nie rozumiał. Przecież większość ma opinię, że mieszkają tu wyłącznie czarnoskórzy, a do tego do białych odnoszą się nie najlepiej. Ponadto myślą, że mieszkać tu jest niebezpiecznie i niedobrze.
TO WSZYSTKO NIEPRAWDA!!!
Osobiście na zawsze pozostało we mnie poczucie pozytywu z tego kraju. W rzeczywistości jest to jeden z najbardziej przyjaznych i gościnnych krajów na świecie! Nie bez powodu nazywają ich „Narodem Tęczy”!
Termin „NARÓD TĘCZY” wprowadził Nelson Mandela. Być może jedna z największych postaci, jakie kiedykolwiek sprawowały władzę i miały wpływ na historię Republiki Południowej Afryki. A głównym z jego osiągnięć, moim zdaniem, wcale nie było włączenie zdecydowanej większości do rządzenia krajem ani zwycięstwo nad złośliwym apartheidem. Jego największym osiągnięciem jest pokojowy wynik tego wszystkiego. Przecież dla białej ludności nadejście demokracji mogło skończyć się bardzo, bardzo tragicznie. I nie tylko dla białej. Zaangażowane byłyby wszystkie narody RPA. A do tego integralność kraju oraz jego potęga gospodarcza i dobrobyt zostałyby podważone, na długo lub na zawsze utracone, rozkradzione, zniszczone w ogniu wojny domowej. Wtedy, w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym czwartym roku, kraj znajdował się niemal w stanie wojennym. Ludzie do dziś dobrze to pamiętają.
Moja dobra znajoma, Marina Scheffers, kolorowa Południowoafrykanka, wspominała tamte lata: „Ludność była zastraszona. Wykupowano sklepy spożywcze. Robiono zapasy żywności w oczekiwaniu jeśli nie na kryzys wojenny, to gospodarczy. Od 1989 roku apartheid zaczął stopniowo pękać w szwach, wszyscy rozumieli, że biała władza wkrótce się skończy. Wcześniej w kraju regularnie wybuchały bomby, przeprowadzano zamachy terrorystyczne. Wszystko to było dziełem zbrojnego skrzydła partii opozycyjnej ANC (Afrykański Kongres Narodowy). Czarna partia, obecnie mająca większość miejsc w parlamencie i faktycznie będąca rządzącą. Biały rząd oczywiście nie pozostawał dłużny. Ludzi wtrącano do więzień, bito, brutalnie tłumiono wszelkie przejawy protestu, czasem po prostu fizycznie eliminowano. Najbardziej skandaliczny epizod — stłumienie powstania w Soweto w 1976 roku. Wtedy policja niezwykle brutalnie stłumiła powstanie czarnych uczniów w tym czarnym getcie Johannesburga. Było mnóstwo ofiar. Uczniowie powstali przeciwko całkowitemu przejściu edukacji w szkołach z angielskiego na afrikaans. Całkiem rozsądny i niewinny powód. Ponieważ reżim apartheidu takimi działaniami próbował nie tyle zaszczepić krajowi jednolity język narodowy afrikaans, co odizolować przyszłą opozycję, oduczając ją powszechnie używanego angielskiego.
Nawiasem mówiąc, interesujący jest fakt, że w tym zbrojnym skrzydle ANC i w samej partii w tamtym czasie byli również biali Południowoafrykańczycy. Oczywiście pod osłoną tajemnic i konspiracji. Partia była całkowicie poza prawem. Wielu białych udzielało wsparcia bojownikom. Niektórzy nawet organizowali przerzut broni z sąsiednich krajów autokarami turystycznymi. Wprost z turystami w autokarach przewożono automaty, materiały wybuchowe... Obecnie jednak wśród ANC białych członków partii można policzyć na palcach jednej ręki. Ale na szczęście teraz to wszystko już za nami. Reżim apartheidu pokojowo odszedł do przeszłości. Dzięki znowuż nie mniej ważnej postaci — Frederikowi De Klerkowi. Był ostatnim białym prezydentem RPA. Przynajmniej starej RPA. Stara władza i nowa, pod nadzorem i presją światowej opinii publicznej (na starą władzę), nie dopuściły do krwawego chaosu w kraju. Nastąpiła ewolucja, a nie rewolucja”.
Kim właściwie są biali, kolorowi i czarni? Do białych zaliczają się głównie Afrykanerzy (lub Burowie). To naród, który stworzył kraj takim, jakim możemy go zobaczyć dzisiaj. Stanowią zaledwie 13% populacji. Ale w swoim czasie okazało się to wystarczające, aby stworzyć kraj z zachodnią gospodarką i infrastrukturą, który należał do jednego z ośmiu najbardziej rozwiniętych krajów świata. Waluta narodowa, krugerrand, była na równi z dolarem. Funt brytyjski kosztował trzy randy.
Burowie stworzyli autostrady, wieżowce, przedsiębiorstwa i trzymali pozostałe 87% populacji „pod butem”. Udawało się to wyłącznie dlatego, że RPA była najbardziej policyjnym krajem na świecie. Z najsilniejszą armią na kontynencie.
Język Burów — afrikaans. Wywodzi się ze staroholenderskiego, potem zmieszał się z angielskim, xhosa i przekształcił się stopniowo w to, czym jest teraz. Holendrzy i Afrykanerzy wciąż mogą się ze sobą porozumiewać, choć z dużymi trudnościami w zrozumieniu. Afrikaans też nie jest jednolity. Jest wysoki afrikaans, jest czarny. Wysokim mówią wykształceni biali, wykładają na uniwersytetach. Mówi się nim głównie w wewnętrznych rejonach kraju. „Czarnym” zaś mówią wielu mieszkańców Kapsztadu, w tym biali i kolorowa ludność. Wysoki afrikaans jest bardziej holenderski pod względem fonetyki i gramatyki. Afrikaans kolorowych wydaje się w ogóle innym językiem i brzmi ciekawie, ponieważ mają zwyczaj mówienia śpiewnie. Oprócz języka Burowie wyróżniają się tym, że stworzyli najwspanialsze w kraju wino. Dokładniej nie stworzyli (początek winiarstwu dali francuscy hugenoci), ale zachowali i rozwinęli. Ich muzyka narodowa — country po afrikaans. Wszyscy są dwujęzyczni (afrikaans i angielski).
Podczas apartheidu biali mieli wszystko, a pozostali w wielu kwestiach pozostawali pokrzywdzeni. A teraz niby się wyrównało, ale i teraz pozostały pewne „ciemne plamy”. Demokratyczne dogmaty pod rządami niekompetentnych władców w rzeczywistości często kończą się upadkiem udanych krajów, tak jak stało się to z sąsiednim Zimbabwe. Z RPA tak się nie stało. Tutaj na razie trwa transformacja. Włączanie czarnych, wyciąganie ich z nizin. Jednak ci, którzy sami wyszli i nawet się wzbogacili, nie bardzo śpieszą się, by wyciągać swoich czarnych braci. Nie wiadomo, dokąd to wszystko doprowadzi. Często wydaje się, że to nie transformacja, a zmierzch. Ale RPA, podobnie jak Rosja, jakkolwiek by jej nie łamano, zwłaszcza od wewnątrz, nie łamie się...
Wśród białej ludności jest część Anglików z pochodzenia. Im w czasach apartheidu też częściowo trzeba było się ograniczać. Prawdą jest tylko w tej kwestii, że językiem urzędowym był afrikaans i tylko afrikaans, a nie angielski. Za to teraz języków urzędowych jest aż jedenaście: angielski, afrikaans, zulu, xhosa, sotho, sesotho, ndebele i jeszcze kilka lokalnych. Demokracja...
Byli Rosjanie i obywatele ZSRR dążą do konserwatywnych Burów. Największa diaspora Słowian w RPA znajduje się w Johannesburgu. Tam też znajduje się cerkiew prawosławna — Sobór św. Sergiusza z Radoneża, zbudowany za pieniądze diaspory.
Zdecydowana większość białych żyje tutaj po europejsku, mieszka w oddzielnych, głównie „białych” dzielnicach... Nasi imigranci przyłączają się właśnie do nich. Niektórzy mieszkają też w dzielnicach mieszanych, ci biedniejsi. Jednak niektórym lokalnym białym, najwyraźniej od mieszkania na kontynencie afrykańskim, jednak „odbiło”... Tacy przedstawiciele wyróżniają się z tłumu. Podkreślają swoje przyłączenie do „narodu tęczy”. Wyglądają zazwyczaj tak: obowiązkowo opaleni na ciemnobrązowy kolor, noszą tradycyjne afrykańskie fryzury, czasem nawet mieszkają lub często bywają w townshipach. Warto zauważyć, że taka tendencja zaczęła być obserwowana dopiero w ciągu ostatnich lat demokracji. Wielu lokalnych białych wyemigrowało do Australii, Nowej Zelandii, USA, Kanady, Wielkiej Brytanii, a coraz więcej Europejczyków przeprowadza się tutaj z najróżniejszych krajów. Ostatnio nawet zaczęli wracać ci, którzy stąd wyjechali — pozytywny znak, wskazujący jednak nie na zmierzch, a na transformację.
U jednego mojego znajomego cała rodzina przeprowadziła się z Wielkiej Brytanii do Kapsztadu. Ryzykowny krok, wydawałoby się: w Wielkiej Brytanii i poziom życia wyższy, i po ulicach chodzić bezpieczniej. Ale wynagrodzono im to nie mało — za pieniądze z jednego londyńskiego domu, tutaj kupili aż dwie rezydencje. Jedną — nad brzegiem oceanu, drugą — na wsi w dwie godziny jazdy samochodem od Kapsztadu. Obciążenia podatkowe też nie przygniatają tak, jak w Wielkiej Brytanii. Klimat jest o rząd wielkości przyjemniejszy. I znacznie więcej czasu wolnego. Przecież RPA to jeden z niewielu krajów, gdzie można osiągnąć sukcesy w biznesie lub po prostu pracować w wykwalifikowanym zawodzie bez przepracowania i załamań nerwowych. Tutaj jest po prostu morze możliwości! I dla biznesu, i dla szczęśliwego życia.
Kolorowi — to moim zdaniem najciekawsza część ludności RPA. Kolorowi są różni. Są tacy, którzy pochodzą z mieszania ras, a są tacy, którzy po prostu należą do niebiałych i nieczarnych narodowości. Większość to Hindusi. Jak się tu znaleźli? Jeszcze za czasów Imperium Brytyjskiego, kiedy trzeba było obsługiwać drogę morską do Indii przez Republikę Południowej Afryki, wielu z nich tutaj osiadło. Wtedy byli niewolnikami. Większa część ich diaspory mieszka w Durbanie. To być może najbardziej indyjskie miasto poza Indiami. Ich kultura jest barwna, a kuchnia narodowa dodaje mnóstwo jasnych kolorów do „narodu tęczy”. Ale nazwać ich Hindusami już nie można. Nie zachowali ani kultury, ani języka. I mało kto z nich ma związki z historyczną ojczyzną. Dawno stali się Południowoafrykańczykami. I to mimo wszystko raczej dobrze niż źle.
Oprócz Hindusów w Durbanie i w całym kraju, w Kapsztadzie są Malajowie. Muzułmanie. Czasami może się wydawać, że jesteś w kraju arabskim: kobiety w hidżabie nie są aż tak rzadkim zjawiskiem.
Biali byli Europejczycy najczęściej poruszają się samochodami. Dlatego obraz ulic tworzą kolorowi i czarni. Jest tutaj muzułmańska dzielnica Bo-Kaap. Są też Chińczycy, Koreańczycy, Japończycy. Ale ich diaspory są słabo wyrażone.
Najciekawszymi kolorowymi, moim zdaniem, są właśnie mieszani kolorowi. Ich językiem jest też afrikaans, u większości. Ich kultura jest ciekawa, ale zagubiona między Burami a czarnymi Afrykańczykami. To prawdziwy koktajl! Kolorowi mieszkają głównie w swoich dzielnicach, ale mimo to większa ich część mieszka w sposób mieszany z białymi, ale rzadziej z czarnymi. Kolorowe kobiety są dość atrakcyjne, a mężczyźni mają tendencję do wybierania kolorowych, a często — białych. Tak zwany „instynkt wybielania” — żart krążący wśród ludzi.
Wielu kolorowych czuje się zagubionych między dwoma ogniami. Jednak zarówno podczas apartheidu, jak i teraz, kolorowi znajdują się na marginesie życia politycznego w kraju. Dla nich również charakterystyczne jest mieszkanie w odizolowanych dzielnicach na tle rasowym — kolejny relikt apartheidu, zakorzeniony w tym kraju.
Jeśli wziąć czarną ludność — to pstrokata mozaika narodów i kultur. Opowieść można rozwinąć o 75% bardziej niż o wszystkich pozostałych. To nie jest jednolity etnos i nie do końca jeden naród. Jeśli wymienić główne, można wspomnieć o następujących: xhosa, zulu, ndebele, tswana, sotho, sesotho. Najbardziej znane światowej opinii publicznej — to oczywiście naród zulu. Wyróżnia ich, powiedzmy, aktywna pozycja na arenie historycznej. To był wojowniczy naród. Mieli własne państwo, kiedy Brytyjczycy przybyli na ich ziemię. I stawiali opór, co, jeśli przypomnieć historię kolonialną, nie było zbyt powszechne wśród afrykańskich narodów tamtych czasów. Tak już historycznie się złożyło, że Zulusowie byli myśliwymi.
I w naszych czasach znów są najbardziej aktywnymi przedstawicielami czarnej większości Republiki Południowej Afryki. Przejawiają się w polityce, gospodarce, kulturze, sztuce. Ponadto stanowią większość wśród czarnej ludności, a język zulu jest jednym z najbardziej rozpowszechnionych w RPA. Mieszkają w większości na wschodzie kraju. W tym w stolicy Pretorii i w megamieście Johannesburgu. W przeciwieństwie do nich można przedstawić naród xhosa. Zamieszkują zachodnią część kraju, w szczególności prowincję Przylądkową Zachodnią. Tak już historycznie się złożyło, że plemię xhosa należało do grupy zbieraczy, a nie myśliwych. Znacząco wpłynęło to na ich charakter narodowy. Xhosa to nie wojownicze plemię. Raczej bardzo spokojny i cichy naród. Z zupełnie nieaktywną postawą życiową. Większość z nich nie dąży do zmiany obecnego stanu rzeczy i swojego statusu społecznego. Jednak ich kultura jest bardzo ciekawa i osobliwa. Weźmy choćby ich „mlaskający” język. Jeden z najbardziej unikalnych języków na świecie pod względem fonetyki — mlaskające dźwięki, które są używane do różnych celów praktycznie w każdym słowie. Bardzo głośny język w odbiorze. Nie uda wam się pospać w autobusie w drodze do domu, jeśli obok jadą Xhosa.
Jednak pomimo swojej pokojowej i mało czym przejętej większości, to właśnie z tego narodu wywodzi się wielu najjaśniejszych i najbardziej aktywnych działaczy politycznych, którzy stworzyli współczesną Republikę Południowej Afryki. Sam Nelson Mandela był tego wart! Do tego samego plemienia należał Thabo Mbeki, ostatni prezydent RPA.
Ciekawy jest fakt z życia obu działaczy, związany z tradycjami ich narodu. U Xhosa nawet teraz istnieją swego rodzaju unikalne obrzędy inicjacji (wprowadzenia młodzieńca w dorosłość). Młodzieniec musi odejść na długi czas w busz (dzikie krzewy, stepy), zupełnie sam. Po określonym czasie tułaczki po dzikim buszu, młodzieniec poznaje prawdy o wszechświecie, cenę życia i staje się mężczyzną. Wraca przy tym pomalowany od stóp do głów na biało. Takie obrzędy w społecznościach Xhosa przeprowadza się do dnia dzisiejszego. Oczywiście głównie nie w tych społecznościach, które mieszkają na przedmieściach Kapsztadu. Tak więc interesujący fakt polega właśnie na tym, że ani Nelson Mandela, ani Thabo Mbeki obrzędu inicjacji nie przechodzili.
Jeszcze jeden ciekawy fakt z historii RPA: zawsze istniała i istnieje wzajemna niechęć między narodami xhosa i zulu, jeśli nie wrogość. Tak już historycznie się złożyło, że Zulu nie lubią Xhosa za ich zacofanie i niemrawość pod każdym względem, a ci ostatni nie znoszą swoich przeciwników właśnie dlatego, że ci ich nie lubią.
I jak przy tym Mandela stał się „ojcem narodu”? Bardzo ciekawe, że zdołał zainspirować nawet „niepokornych Zulusów”, by poszli za nim. Z Thabo Mbekim zaś, na długo przed faktycznym końcem jego kadencji prezydenckiej, wydarzyła się nieco inna historia: dosłownie zmuszono go do opuszczenia stanowiska prezydenta w zeszłym roku. Oficjalny powód — machlojki lub coś w tym rodzaju, prowadzone przez prezydenta. Ale polityka to polityka — kto ich tam zrozumie?! Inicjatorami byli zwolennicy Jacoba Zumy, Zulu z pochodzenia. Zresztą z tą ostatnią postacią związana jest cała seria już zupełnie innych historii. W nie nie będę się zagłębiał. I tak już wystarczająco zagłębiłem się w politykę.
Istnieją też inne mniej liczne narody, tworzące tę pstroką mozaikę „narodu tęczy”. Ndebele, Tswana... wszystkich, szczerze mówiąc, nawet do tej pory nie zapamiętałem. Wiele z tych narodów mieszka też w sąsiednich krajach — Zimbabwe, Botswanie. Z tego korzystają liczni nielegalni imigranci (czarni), dosłownie zalewający kraj, który i bez nich ugrzązł w bezrobociu wśród czarnej ludności.
Ale to tak na marginesie. A jeśli tylko spojrzeć na rdzennych Afrykańczyków, a także na całą ludność kraju w ogóle, wyjdzie unikalna i najpiękniejsza mozaika różnych kultur, języków, tradycji! Po prostu piękna mozaika! Nie bez powodu Republikę Południowej Afryki nazywa się perłą kontynentu! A perłą uczynił ją w dużej mierze i czyni naród. Za co jemu, narodowi, dziękuję!
A przyszłym podróżnikom życzę samych przyjemnych wrażeń i udanego spędzenia czasu!




