List z 1 września.
Nadawca: Anastasija Lebiediewa, Flagstaff, Arizona
Odbiorca: Mama, Kazachstan
Cześć!
Mamy nadzieję, że u Was wszystko w porządku. U nas wszystko dobrze, więc nie martwcie się! Co tam znowu z samochodem Olega? A ja już sto lat nie siedziałam za kierownicą, niedługo zapomnę, gdzie jest gaz, a gdzie hamulec)
Opowiem Wam, gdzie jesteśmy. We Flagstaff podobało mi się absolutnie wszystko – począwszy od hostelu, w którym się zatrzymaliśmy, a skończywszy na nieporównywalnej z niczym przyrodzie.
Zacznę od tego, że to małe miasteczko w Arizonie przywitało nas ciepło – niewielkie lotnisko, wokół lasy i górskie powietrze! Taksówka, którą wzięliśmy, nazywa się Friendly Cab – i naprawdę zasługuje na swoją nazwę. Miasto jest otoczone górami i lasem, wszystko jest takie urocze, z lokalnym indiańskim klimatem. To miasteczko można łatwo obejść pieszo. Mimo że to jednak Arizona i spodziewaliśmy się trafić na gorącą pustynię, prawie nie zdejmowaliśmy naszych bluz! Wszystko przez chłodne górskie powietrze.
Spacerowaliśmy, próbowaliśmy lokalnej kuchni i oglądaliśmy kino pod gołym niebem. Tutaj ludzie często zbierają się na placu i oglądają filmy. A tym razem z okazji Labor Day mieszkańcy zorganizowali mały występ z konkursami i rozrywkami.
A rano, podczas gdy nasi przyjaciele zgodnie z pierwszosepniową tradycją poszli na uniwersytet, my pojechaliśmy zobaczyć Wielki Kanion i ziemie Indian Nawaho.
Najpierw musieliśmy czekać na nasz autobus wycieczkowy. Baliśmy się, że nigdzie nie dotrzemy, bo autobusu ciągle nie było. Dzwoniliśmy do biura podróży. Kazali nam jeszcze trochę poczekać. W końcu się doczekaliśmy! Kierowca się spóźnił, ale jednak przyjechał.
Osobliwością Arizony jest to, że krajobrazy zmieniają się tu bardzo szybko. Najpierw za oknem widzisz mnóstwo wulkanów i górskich wzgórz, z których jedno to szczyt San Francisco. Według lokalnych wierzeń z jego wierzchołka widać San Francisco, stąd nazwa. Dalej – pustynne ziemie, a potem – lasy. No a Wielki Kanion to prawdziwa perła tych miejsc. Zapiera dech w piersiach – takie piękno! Kiedy do niego dotarliśmy, odebrało nam mowę. Rozciąga się na kilkaset kilometrów. Lepiej raz zobaczyć na własne oczy, niż sto razy w telewizji.
Zdjęcia wyślemy. Jutro lecimy do San Francisco! Ania zabierze mnie w swoje ulubione miejsca, w których była w zeszłym roku. Nie mogę się doczekać.
Pozdrówcie wszystkich.





