Obudziliśmy się o 8:30. Hm... nie rozumiem. Budzik powinien zadzwonić o 8. Gosha przyjdzie o 9... Oh My God !!!!!!!!! przespaliśmy!!!!!! Budzę Anyę, wszyscy śpią. A my śpimy na 2. piętrze łóżek. Szybko z nią zerwaliśmy się, zebraliśmy i zeszliśmy na dół przywitać Goshę. To nasza ostatnia nadzieja. Rano NY nie wydaje się już taki straszny )) czekaliśmy pół godziny, nie przyszedł.... jesteśmy w panice..... jak to.... no może się spóźnia.... Zdecydowaliśmy się wrócić do siebie, on zna nasz adres, jeśli coś, to przyjdzie. Weszliśmy do internetu. Przyszedł..... ura!!!! zaczęliśmy wszystko wyjaśniać. Pracować tutaj nie ma sensu, mieszkanie drogie. I wtedy Gosha mówi – „dziewczyny, a dokąd wy jedziecie? Weźcie mnie ze sobą?....” aaaaaaaaaa!!!!!!!!!!! Oto ta długo wyczekiwana fraza!!! NIE, Gosh, to ty weź nas ze sobą dokądkolwiek chcesz )))))) ha. Nie jesteśmy już same!!!! Jeee! Człowiek okazał się bardzo dobry, odpowiedzialny, do tego zna język i metro. I zgodził się nam pomóc. Mamy szczęście)))) Dziękuję ci, Gosh! Jesteś megasuper człowiekiem! przynajmniej coś już się wyjaśniło. Ale on musi jeszcze zostać tutaj na 2 dni i odebrać wypłatę pod koniec miesiąca. Ok. Przy okazji pospacerujemy po New York. On już nie pracuje, więc zgadza się iść z nami na spacer. O 11 przychodzi Zhora i idziemy wszyscy razem na spacer.... O, tak!!!! To super!!!! Towarzystwo super, wszystko ok, nastrój pozytywny!!!!!!! ))))
Gorąco, miasto wyczyścili w nocy, ale i tak brudne. Słońce. Jeee. Jeszcze raz przeszliśmy się po Broadwayu, piękno!!!!!! Wieżowce!!!! To trzeba zobaczyć! To robi wrażenie! Robiliśmy zdjęcia przy każdym budynku) każdy miał aparat. To bardzo dobrze. Bo w ciągu dnia wszystkim padły baterie. Idziemy z Broadwayu na Empire State Building – najwyższy punkt Manhattanu, z którego widać całe miasto! Kosztuje 20$ żeby na niego wejść, ale zdecydowaliśmy, że tych pieniędzy nie będzie szkoda na coś takiego. To marzenie z dzieciństwa - ile filmów nakręconych w Nowym Jorku pokazuje to z lotu ptaka, a my mamy szansę zobaczyć to na żywo! W drodze na 5th avenue trwała jakaś akcja. Jakaś parada. Jak się okazało – to parada gejów )))) haaa. Muzyka, motocykle, geje, lesbijki, uuuuu, to trzeba zobaczyć =)) fajnie))) porobiliśmy zdjęcia. Ale trzeba iść dalej, czasu mało, trzeba zdążyć wszystko obejrzeć. Czas 12 w dzień. Idziemy do Empire. Weszliśmy do środka, 89 pięter. Oto szczyt. AAAAAAAAAAAAAA!!!!!!!! Jaki widok!!!!!!!! To nierealnie piękne!!!!! Zapiera dech!!! Taaak, super!!! Mamo, dziękuję, że pojawiłam się na tym świecie! Byliśmy tam około godziny. Zapamiętamy na całe życie.
Decydujemy się iść dalej do Central park. Iść około 20 minut. Tam spotka nas Lesha – chłopak, z którym mieszka Gosha w Nowym Jorku. No ok. On jest Estończykiem, skończył pierwszy rok. Więcej nic o nim nie wiemy na razie. Szliśmy w rezultacie 40 minut))) bo robiliśmy zdjęcia wszędzie, gdzie się dało! Tam wszystko jest piękne. Kupiliśmy hot dogi za 1$, Taaak, parówki tutaj są o wiele smaczniejsze niż nasze. Ogólnie normalny hot dog. Posiedzieliśmy na jakimś uskoku, zjedliśmy, poszliśmy dalej. Tutaj odkrywamy, że nie ma aparatu. Mazafaka!!!!!! Zostawiliśmy, kiedy jedliśmy. Gosha pobiegł za nim. Tam typ, który sprzedał nam parówki, zabrał go i zaczął prosić 50$, niby że go znalazł, gnojek. Ale dzięki Bogu z nami jest Gosha, który umie się kręcić, i nie dał mu pieniędzy, a po prostu zabrał aparat))) Fajnie! Gapowicze... Dokładniej ja – jestem gapą. Tam przecież zdjęcia były na wagę złota! No dobra, wszystko się ułożyło.
Poszliśmy dalej. Na ulicy wielu występuje, śpiewa, tańczy, zarabia pieniądze, widzieliśmy ślub Chińczyków i jeszcze jakąś grubą dziewczynę. Pojawiła się myśl, żeby też tańczyć na ulicach =) Oto doszliśmy, Central park. Cześć Lesha! Dobry chłopak =) bardzo. I przystojny. Pospacerowaliśmy po parku, aaaa, fajnie, jak w kinie prosto))))) zieleń na tle wieżowców. Fajnie! Poleżeliśmy na polanie, odpoczęliśmy trochę, ale czas 16:00, odpoczywać nie ma kiedy, bo trzeba jeszcze wiele zobaczyć.
Decydujemy się jechać na Most Brookliński. Teraz jest nas 5. To dobrze! Towarzystwo świetne, wszyscy pozytywni, wszystko super! Życie jest piękne! Jedziemy metrem. Metro wyobrażało się straszniejsze i bardziej niebezpieczne. Ale jest zwyczajne. Ale z naszym metrem Moskiewskim nie porównać, u nas bardzo piękne metro, a tutaj okropne. Stare, rozpada się i brudne. Wyszliśmy z metra. Poszliśmy do mostu pieszo. Chcemy jeść, decydujemy się wejść do kawiarni. Kupiliśmy pizzę i zimną kawę. Pizza – świństwo. Koszmar. Potem mnie mdliło. Przeszliśmy obok mini-parku, ha, tam tyle wiewiórek. Które podbiegają do ciebie i można je nakarmić. słodko ))) przeszliśmy obok miejsca, gdzie stały 2 bliźniaki – wieżowce. Ech, historia. I oto on most. Uuu.... Piękny! Piękny widok!!! Spacerowaliśmy po nim około godziny. Nogi już bolą. Przeszliśmy bardzo dużo. Teraz musimy jechać do Hostelu, zabrać nasze walizki i jechać do Goshy na Coney Island nocować przy oceanie. Oni wynajmują pokój w domu u rosyjskiego faceta i z Rosjanami. Jechać daleko.
Pożegnaliśmy się z Zhorą, tak szkoda było. On wyjeżdża wieczorem do Karoliny Północnej.
Przyjechaliśmy po rzeczy. Pożegnaliśmy się z naszymi Chińczykami, zrobiliśmy zdjęcie naszego pierwszego miejsca noclegu i go to Coney Island.
Przyjechaliśmy. Już ciemno. Około 23:00. Mmmmmm..... oto on, świeży zapach oceanu. Ale go nie widać, bo ciemno. Decydujemy się podrzucić rzeczy i iść pospacerować na oushn. Oto ona – rosyjska osada. Wygląda nawet bardzo słodko. Wychodzi tak, że kilka prywatnych domów jest ogrodzonych płotem i przy głównym wejściu stoi ochrona. Mda. To wam nie żarty. Domek Goshy i Leshy okazał się słodki (prawda, wchodziliśmy od tyłu, po cichu, żeby właściciel nie przyłapał =), więc nic wewnątrz domu nie widzieliśmy. Dobra, podrzuciliśmy rzeczy, poszliśmy na oushn. Decydujemy się kupić piwo. Agaaaaa...... Oto i przyjechaliśmy do amerykańskich praw. My z Goshą znaczy jak należy, w 21-letnim wieku, a dwoje dzieci z nami nie osiąga go =). Dobra, wchodzimy do sklepu – hm, zabawnie. To przecież rosyjska dzielnica. Handlują Amerykańce, ale piwo stoi z takimi nazwami jak – Baltika, Kuler, i wszystko takie, produkcja – Brighton Beach moim zdaniem, nie pamiętam, ogólnie z NY. Uśmiechnęło =) Ale my przecież w Ameryce, chcemy spróbować amerykańskiego piwa, kupujemy 3 butelki Budwiser. Idziemy na ocean. I znowu problem. Pić tam nie można. A jeszcze 21 nie ma, to w ogóle katastrofa. Może przejechać patrol. No co, otwieramy 2 butelki – niby pijemy my z Goshą, butelki trzymamy w pakiecie, bo pokazywać też nie można, i tutaj Gosha otwiera 3. Leshy. Ja mówię – „po co? Potem byś otworzył”. Gosha mówi – „no dobra, powiem, że piję z 2 ja. No dobra, nie przejmujcie się, wszystko będzie ok, nie przyjadą oni do nas”. Pijemy..... Dopiero zaczęliśmy!!!!! No i co myślicie. Heheeeey! Patrol. Shit!
- Haj, co robimy tutaj? (po angielsku oczywiście)
- Eeeee..... (my wszyscy milczymy, niby nie znamy angielskiego). Gosha rozmawia.
- co macie w pakiecie? Otwórzcie. Uuuuuuu. Dajcie ID. Tak tak.... A buteleczek to dużo macie. (e-mój, no czyż nie gnojki, a?).
No tutaj Gosha wydaje swoją genialną frazę: „To ja piję z 2” .... Ppc =))))
Cop kieruje na siebie latarkę i mówi: „Czy ja wyglądam na głupiego????” (no prosto jak w kinie=)))) uśmiałam się.
Krótko mówiąc, Gosha mu wszystko wyjaśnił, bla bla, dogadali się do tego, że on teraz wyrzuci je na ich oczach i my stąd spadamy. Co robić kurde, poszedł i wyrzucił =(((( odjechali. A my poszliśmy do domu. Szkoda =((( zdecydowaliśmy więcej nie kupować, nastrój zniknął, już późno, trzeba spać, jutro wcześnie wstawać.
Spaaaaać!





