Kolejny przystanek mojej podróży za mną. Ostatnie 2 dni spędziłam w DC. Jest tu nawet ciszej i spokojniej niż w Bostonie))) Dojazd był jednak straszny - w autobusie przez całą noc był taki mróz, że nie uratowały mnie nawet dżinsy, trampki, t-shirt, kurtka i ręcznik na wierzchu.
Ogólnie ci Amerykanie bardzo lubią robić zamrażarkę we wszystkich pomieszczeniach) Ta zamrażarka w ambasadzie amerykańskiej w Moskwie (kto był, ten zrozumie, o czym mówię)) to jeszcze pikuś) Amerykanie mają obsesję na punkcie zimna. Na początku, mieszkając u Grega czy u Richa, po prostu zamarzałam. W transporcie publicznym też ciągle mrożą potężnymi klimatyzacjami - w pociągach, autobusach... A jeszcze mają obsesję na punkcie wody z lodem) tutaj nikt nie pije wody, soku, coli itp. o temperaturze pokojowej. Obowiązkowo z lodem, i każdy Amerykanin w zamrażarce ma lód do napojów))
No to była dygresja, a teraz opowiem o moich przygodach) Przyjechałam, mój couchsurfer spotkał mnie na stacji czarnym BMW i zawiózł do swojego domu. Na początku bardzo bałam się do niego jechać, bo był Turkiem i było o nim tylko kilka opinii. Pojechałam do niego tylko dlatego, że nie było innych opcji noclegu. Ale w końcu okazał się moim najlepszym gospodarzem w całym czasie))
Zadzwoniłam do mojego towarzysza podróży i poszliśmy na spacer) Pierwszego dnia zwiedziliśmy National Museum of Natural History (w którym kręcili Noc w muzeum, taaak)) Jest taki fajny! Potem poszliśmy jeszcze do kilku muzeów, pospacerowaliśmy po centrum.
Drugiego dnia poszliśmy na spacer, najpierw zjedliśmy śniadanie na ławce z jogurtami i sałatką, które dali mu jego gospodarze - geje)) Ale o dziwo okazali się fajnymi chłopakami))) Pospacerowaliśmy jeszcze po muzeach i ogrodzie botanicznym... Jak dobrze, że to wszystko jest za darmo, co nie?)
Jedyną rzeczą, która trochę zepsuła nastrój, był deszcz. Ale i w tym znaleźliśmy swój pozytyw - wyszliśmy z jednego muzeum, przebiegliśmy się w deszczu, weszliśmy do tego samego muzeum, tylko mokrzy)) ahaha, no to wyszło przypadkiem, po prostu myśleliśmy, że tam, gdzie jest wyjście, nie ma wejścia, ale musieliśmy wejść.. Więc pobiegliśmy do wejścia, a potem okazało się, że wejść można było też od strony wyjścia) Za to pobiegaliśmy w ulewie, dobrze się bawiliśmy)) Potem już nie przejmowaliśmy się deszczem, spacerowaliśmy prosto w nim) I nawet odkryliśmy jakiś wywietrznik, z którego biło ciepłe powietrze, wspięliśmy się na niego i zaczęliśmy się suszyć)))
Potem weszliśmy na punkt widokowy, żeby zobaczyć miasto z wysokości. A potem nawet kupiliśmy parę pamiątek))
Dziś rano spotkałam się z Julią, tą samą dziewczyną z Rosji, która większość swojego życia mieszka już w Ameryce. Byłam bardzo szczęśliwa, że ją widzę)) rozmawialiśmy i tak po angielsku, bo jej rosyjski nie jest taki dobry)
Dziś czeka mnie samolot do słonecznego Miami i dziś już tam będę))) Niesamowite, nie wierzę w swoje szczęście)) Podróż trwa...





