Jesień. Wszyscy chcą do Ameryki. Ja w ogóle o tym nie myślę. Moje lato jeszcze się nie skończyło, niech reszta idzie w diabły. Co to za Work and Travel?! Co to jest i z czym to się je?!...
Dla towarzystwa weszłam do firmy, dla towarzystwa wysłuchałam, dla towarzystwa wzięłam prospekt. Zanim dotarłam do domu, zdecydowałam, że pojadę. A rodzice?! Problem, oczywiście... Weszłam do mieszkania, usiadłam na pufie i krzyknęłam: "Cześć rodzice! Chcę jechać do Ameryki". Potem były rozmowy, dyskusje i cała reszta. Nawet nie musiałam ich namawiać, jedynym wymaganiem było zachowywać się przyzwoicie i nie wpakować się w kłopoty, bo najważniejsze jest moje bezpieczeństwo. Mam niesamowitych rodziców. Kocham ich.
Jakoś tak niespodziewanie zmieniłam swoje życie. Zaczęły się plotki, rozważania i demagogia o "smaku ananasa, którego nikt nie próbował". Zapamiętałam zdanie chłopaka, teraz już byłego: "Po co tam jedziesz, lody możesz sprzedawać i tutaj...". W dzień takie wnioski mnie dobijały, a wieczorem przeszukiwałam Internet w poszukiwaniu prawdy. Swoją drogą, nie byłam sama: mój kolega z roku Dimka (dla mnie Dimasssiiik) i dwóch chłopaków z równoległych grup, Sasza i Denis, będą ze mną (albo ja z nimi, to nieistotne) podbijać tę tajemniczą i jeszcze niezrozumiałą Amerykę. A w ogóle to myślałam o J-1 Visa... Ale to już inna historia))
