Pierwsze kroki w stronę wyjazdu do Stanów zostały podjęte jeszcze daleką jesienią, po barwnych opowieściach przyjaciół. Wtedy dowiedziałem się trochę o programie i, jak to często bywa, „ostygłem”, odkładając wszystkie zebrane informacje do dalekiej szuflady. W połowie marca moja przyjaciółka Ola zapytała, czy jadę do Stanów; dla niej to był drugi wyjazd, wizę w paszporcie miała już wtedy wbitą, a zapytała po prostu tak sobie: wiedziała, że ja też się wybierałem. Wymyślając parę wymówek na swoje lenistwo, zakończyłem rozmowę.
Ale myśl nie odchodziła: „A może jednak spróbować?”. Usiadłszy z moją dziewczyną Julią, ważąc wszystkie za i przeciw, zdecydowaliśmy „Tak”. W ciągu kilku dni zaczęliśmy dogłębnie studiować wszystkie kwestie, ale ciągle napotykaliśmy główny w tamtym momencie problem: brak pracy. To był koniec marca, a szans na znalezienie jej samodzielnie praktycznie nie było – wycofaliśmy się, widocznie nie było nam pisane. Następnego dnia pierwsze pytanie, które zadaliśmy sobie w rozmowie: „A może jednak spróbować?”. Z nowymi siłami zabraliśmy się za poszukiwania... i znaleźliśmy! Głównym kryterium była praca w jednym mieście, co powodowało ogromne trudności, ale pokonaliśmy je. Oto on – pierwszy krok, jest najtrudniejszy =)
Do ambasady jechaliśmy 28 maja, to była ostatnia partia studentów. Jedyna myśl w głowie: „A co jeśli mi otworzą, a jej nie, albo odwrotnie”. Mordercze warianty... Kilka nieprzespanych nocy wcześniej, kucie pytań i odpowiedzi. Kiedy rozmawiałem z konsulem, nic z tego nie pomogło, wszystko wyleciało z głowy, przed Amerykaninem stanął prosty student, który mylił się w odpowiedziach, często dopytywał, denerwował się. Ale był dla mnie przychylny. Po kilku osobach weszła Julia, do tamtego momentu nie mogłem znaleźć sobie miejsca na ulicy, radość mieszała się z niepokojem. ALE WSZYSTKO UŁOŻYŁO SIĘ ZNAKOMICIE. Wizy dali nam obojgu! Drugie zwycięstwo pod hasłem „Nigdy się nie poddawaj!”, w ogóle to zdanie powinno towarzyszyć nam przez życie, w Ameryce przekonałem się o tym nie jeden dziesiątek razy.
Potem była przedterminowa sesja, po której wypadało mi napisać książkę pod tytułem „Zdać sesję w 4 dni”. =) Na moim uniwersytecie z przeniesieniem jest bardzo trudno, trzeba znaleźć ważny powód, poparty dokumentem, i nie daj Boże powiedzieć, że jedziesz do Ameryki, ludzi o wąskich horyzontach nie brakuje, ludzi, którzy są gotowi rzucać kłody pod nogi, pokazując swoją małostkowość, zostawmy to na ich sumieniu. U mnie wszystko wyszło, chociaż nie jestem prymusem, tak, trzeba było się uczyć, tak, trzeba było pobiegać. Wiele staje się możliwe, jeśli bardzo się chce, a jeśli chce się bardzo mocno – możliwe jest wszystko!
Walizki spakowałem w kilka godzin, rzeczy minimum. Mała rada dla nowicjuszy: obuwie bierzcie najbardziej praktyczne i wygodne, w moim przypadku były to adidasy i sandały. Tym pierwszym, nawiasem mówiąc, jestem bardzo wdzięczny, bez nich w pracy bym nie wytrzymał.
21 czerwca. Wylot.

