1 czerwca
?10:30 (LA) Dzień Dziecka. Pamiętam, jak wyglądało moje ostatnie takie święto. Ale, wybaczcie, tutaj jestem jeszcze niepełnoletnia:) Nie mam 21 lat!!! Jeeej:) Jestem dzieciakiem!
12:00 (LA) "We kurwa looking for a job". Jedziemy do rosyjskiej dzielnicy. Szukać...
14:00 (LA) Autobus. Metro. Autobus. Dotarliśmy. Poszliśmy w złą stronę. Wróciliśmy. Znaleźliśmy.
15:30 (LA) No nikt nie potrzebuje "dwóch pięknych, wykształconych rosyjskich studentek". Ni-kto. Oprócz...
16:30 (LA) Oprócz wspaniałego Żyda Michaiła:) Właściciel sklepu spożywczego z rodzimymi kaszami "Bystrow", gryką, konserwami i wszystkim innym:) Rosyjskie etykiety radują duszę! Wstępnie nazywając mnie bezczelną, ale uroczą, a Taniuchę z jakiegoś powodu skromną, zaczął od początku...
?Tak, życie tego mężczyzny jest pełne niespodzianek! Ale nie aż tak! Spędziliśmy w sklepie 4 (!) godziny. Wyniki:
- Tanię wysłano do sąsiedniego sklepu do jego "brata-swata-zięcia"
- Mnie uczono pracy z kasą
- Zauważył, że "moje palce są piękne i stworzone do pianina"
- Opowiedział nam o wszystkich swoich kochankach
- Co fascynujące, połowa z nich to jego sprzedawczynie
- Krótko mówiąc, masakra totalna
20:30 (LA)? Pensja będzie wynosić 5 dolarów za godzinę. Ale... Najpierw okres próbny, którego długość wynosi "może tydzień, a może miesiąc". I wiecie, "pensji czasem w ogóle nie płacę".
Jasne, że w nogi i uciekamy stamtąd. A on czeka na nas jutro na 8:00. Dziękuję panu za fascynujące historie, za zaproponowaną pracę i za sok jabłkowy. Ale... Nie jesteśmy jeszcze aż tak rozczarowane życiem:)
21:00 (LA)? Wieczna wybawicielka Alionka zabiera nas z metra i jedziemy. Obolałe nogi i zimno. Ale... To nie przeszkadza, żeby wstąpić i kupić najlepsze na świecie "mrożone jogurty". Ich urok polega na tym, że są... NISKOKALORYCZNE!!! Czego nam, właściwie, było trzeba:)
"Tylko Rosjanin marznie, ale i tak je zimne lody!" (c)Bieriozka
21:30 (LA) Pakujemy walizki... Jutro do Rosji. Wszystko, żegnajcie, USA!!!
Nie, nie! Wyjeżdżamy nie my, a nasi ukochani nowożeńcy Aliona i Jeff:) Pomagamy składać niezliczoną ilość walizek:
- Swiet, no ona zajmuje mało miejsca, a tę bluzkę kocham bardzo!
To Aliona zaciekle walczyła o swoje rzeczy:) Wynik: nadbagaż 20 funtów... Cóż... Wszystko od nowa:) Wszystko od początku.
Jeszcze zdążyłyśmy zrobić pranie. "Pralnia" prosto w domu - pranie w jednej maszynie - $1.25/ + suszenie $1.00. Ale warto - bielizna pachnie... mmm... "Piorę w Laska":)
00:03 (LA) Zmęczone. Spać. Jutro nowy dzień... Już nie Dzień Dziecka. Zresztą nie trzeba - to święto się nie udało...
PS: A jeszcze dzisiaj dzwonił Wład - kucharz z restauracji "Talisman", zapraszał na przejażdżkę po mieście. Ech, Władzik, Władzik, lepiej byś nam pracę zaproponował...
2 czerwca
11:50 (LA) Obudziłyśmy się! Już cieszy...
?13:00 (LA) Idziemy się opalać przy basenie. Podpiekamy się 15 minut z jednej strony i na komendę przewracamy się:) Słońce, grzej i świeć:)
Zanurzamy się z głową i pływamy-pływamy-pływamy:) A woda lodowata... Amerykanin, ciągle krążący wokół nas, zapytał, czy nie jest zimno. Z uśmiechem wytrwałych Sybiraczek odpowiadamy nasze dumne "Now, of course" z wielkim akcentem:)
Tak... To jest fajne. Opalać się i kąpać:) Tylko nie potrwa to długo, jeśli nie znajdziemy pracy...
15:00 (LA) Zgubiłam pocztówki, z taką miłością napisane do bliskich w Tobolsku... Co robić, nie wyobrażam sobie:(
18:00 (LA) Pocztówki się znalazły!
21:00 (LA) "Szybko! zebrałyśmy się, ubrałyśmy, pojechałyśmy!" Aliona wiezie nas do palarni fajek wodnych. Umówiłyśmy się na rozmowę kwalifikacyjną. Boże, co byśmy bez niej zrobiły?
Miejsce dobre: od domu całkiem niedaleko. :) Siedzimy "rozmawiamy" (w miarę rozumienia-nierozumienia amerykańskiej mowy, ledwo przebijającej się przez głośną muzykę restauracji), zaproponowali fajkę wodną. Odmówiłyśmy jednogłośnie.
Praca od 22:00 do 02:00. Pensja $8 za godzinę + napiwki. Strój - klubowy i seksowny. Znajomość angielskiego konwersacyjnego...
Właściciel jeszcze się nie zdecydował, więc będziemy czekać na telefon... Jakże znudziło się czekanie...
01:30 (LA) Jak my będziemy bez nich?! Brak słów... Same emocje... Ciężko żegnać już bliskich sercu nowożeńców do Rosji... Do komarów i meszek, do deszczu i zimna, do jednego jedynego klubu w Tobolsku.
Chociaż... Ja już za tym wszystkim tęsknię...
3 czerwca
13:30 (LA) Obudziłyśmy się dopiero co... Tak, ciężka emocjonalnie była noc.
Na "śniadanie" znowu kasza... Każdego dnia to samo. A na początku tak smakowało...
14:00 (LA) Naprzód, na poszukiwania... Jedziemy na Santa Monica & Fire Fox (słynna dzielnica Rosjan i gejów). Tam jest agencja pośrednictwa pracy "Nela i Masza", nadzieja na nie rośnie w miarę zbliżania się do właściwego adresu.
14:30 (LA) Hollywood zamknęli - szykuje się fajna premiera: czerwony dywan, reflektory, tłumy ochroniarzy. Wszystkim fajnie, a nam przykro. Do autobusu wsiąść nie możemy - a pieszo wcale nie jest blisko. Dowiadujemy się, jak bardzo to "nieblisko" u przechodniów i naprzód:)
16:00 (LA) Osiągnęłyśmy cel. Darmowe ciasteczka na stoliku gwałtownie poprawiły nastrój Tani:)
Nawet ją rozbawiło! Tylko to, być może, wszystko, co zdołało nas rozbawić - Nela z Maszą okazały się wcale nie takimi "dającymi szczęście".
One nas pożałowały. Szczerze i po ojcowsku jakoś.
- Kto was, kochane, do kraju wpuścił? W tamtym roku studenci głodowali... Pracy nie ma. Tutaj niedaleko jest park, przychodźcie tam - za dolara was nakarmią syto. Tylko nie spóźnijcie się, o 11 zazwyczaj rozdają. To specjalnie dla biednych, dla bezdomnych...
Oto taka wiadomość. Bez ostrzeżenia i od razu w głowę.
Pracę one nam mimo wszystko zaproponowały. Taką, że "nawet dzieciom własnym nie życzyłyby". W "Domu starców". Z zakwaterowaniem, wyżywieniem, pensją od $1200 miesięcznie i jednym dniem wolnym. Wszystko byłoby idealnie, ale... Staruszkowie, którzy już nie mówią. Staruszki, które już nie chodzą... To ciężkie psychicznie... Sił moralnych potrzeba tyle, że trudno sobie wyobrazić...
Obiecałyśmy zadzwonić... W ostateczności...
17:30 (LA) Znalazłyśmy z trudem i inną agencję. Dwaj młodzi ludzie podejrzanych narodowości zbyt słodko zaproponowali wypełnienie aplikacji za $50 i czekanie na oferty pracy. My, oczywiście, odmówiłyśmy takiej propozycji. "Dziękujemy, pieniędzy nie ma. Do widzenia".
?-No tylko jeden raz i specjalnie dla was - wypełniajcie za darmo. Znajdziemy pracę, odpracujecie i potem zapłacicie:)
Tracić nie mamy czego, zostawiłyśmy swoje telefony i poszłyśmy do domu. Czekać. Jak zawsze.
18:00 (LA) Powodem zamknięcia Hollywood St okazała się premiera filmu "A-Team" (plakat jeszcze z czterema facetami). Wszyscy więc czekali na gwiazdy. Rozdawali koszulki z logo filmu, kręcili materiały (koledzy, kurczę), robili zdjęcia:)
My nie doczekałyśmy się. My zobaczyłyśmy JĄ...
Wydarzenie dnia: Zobaczyłyśmy JĄ - napis Hollywood.
Z daleka, jak Statuę Wolności i prawie jak Wieżę Eiffla. Ale my go z-o-b-a-c-z-y-ł-y-ś-m-y! Przy czym, absolutnie przypadkowo zadzierając głowy w odpowiednim czasie i w odpowiednim miejscu - bardzo dobrze było go widać przez łuk jednego z centrów handlowych. Biegiem tam! Przejście dla pieszych, po schodach w górę! Do niego... Tchu nawet zabrakło, szczerze...
19:30 (LA) Supermarket "Ralphs". Tyle nieznanych produktów, tyle nieznanych opakowań znanych produktów. OGROMNE bańki mleka, OGROMNE płatki, OGROMNE bochenki chleba. Wszystko OGROMNE... Ale wszystko takie smaczne... Mmmm...
Kupiłyśmy produktów i, w końcu, do domu...
22:00 (LA) Cichy rodzinny wieczór przed telewizorem. W oczekiwaniu na pracę...
?4 czerwca
?12:00 (LA) Obudziłyśmy się. Zjadłyśmy śniadanie. Zamyśliłyśmy się o wiecznym.
12:30 (LA) Zostawiwszy sąsiadkę Tanieczkę samą z jej "mężczyzną" i laptopem, poleciałam się opalać do naszej "błękitnej laguny" - basenu z leżakami wokół. Z kryminałem w rękach, ręcznikiem na szyi i budzikiem w zębach.
14:30 (LA) Porządnie podpiekłszy się i naczytawszy się do syta o trupach i gwałtach (czymś to przypomina mi wszystkim znaną Darię Doncową z jej "zapierającymi dech" fabułami), wróciłam do mieszkania.
15:00 (LA) Kolejna partia telefonów do pracodawców. $300 za poszukiwanie!!! Nawet w Rosji tyle nie biorą! Szaleni... Ale mimo wszystko na próbę wysyłamy swoje CV pod podyktowane adresy. W poniedziałek pojedziemy dowiadywać się o znalezionych wakatach.
Dzwonimy dla kompletu i do Włada z wytwórni filmowej. W niedzielę jedziemy z nim na przejażdżkę po mieście. Choć trochę się odwrócimy:)
?20:00 (LA) Hura:) Telefon od Guli z "Talismana". Jutro pracujemy od 12 p.m. do 12 a.m. na jakimś bankiecie, na zmianę. Najpierw Tania do 6 p.m., potem ja:) Po $36 zarobimy... Dalej zobaczymy!
00:09 (LA) Kryminał okazał się ciekawszy, niż myślałam:) Wciągnęło... Słodkich snów!
5 czerwca
10:30 (LA) Obudziłam się. Tania już w pracy... Niedługo pobiegnę ją zmienić:) a póki co...
11:30 (LA) Basen. Kryminał. Słońce. 15:00 (LA) Autobusu nie ma, a ja jako wzorowa pracownica, boję się, że mój pierwszy dzień pracy okaże się ostatnim, jeśli się spóźnię. Pójdę pieszo. Amerykanin z pieskiem wybałuszył oczy, kiedy pokazał mi drogę i dowiedział się, że idę pieszo. Hej, gościu, wyluzuj! I nie takie rzeczy przechodziłyśmy:)
Tak... iść, jak się okazało, naprawdę nie jest blisko... Jeszcze i gorąco do przerażenia. Myślałam, że nie dojdę. Powstała opinia, że z Tobolska do Tiumenia jest znacznie bliżej.
17:00 (LA) Wyszłam do pracy, zmieniłam Tanię. Uff, zaczęło się. Restauracja "Talisman":)
Myję naczynia, zamiatam, rozstawiam talerze, pomagam dekorować dania, czyszczę raki i krewetki. I tak, o co poproszą. Wszystko w ruchu, w działaniu - nie ma czasu odpocząć.
Kucharz Wład zaprasza jutro na plażę - zobaczyć kurortową dzielnicę i pograć w siatkówkę. Jest bardzo wesoły, mieszka tutaj już 14 lat. Dzięki niemu, chyba, wszystko okazało się znacznie łatwiejsze.
Zespół niesamowicie przyjemny - wszyscy życzliwi i marzą, żeby mnie nakarmić:) Troskliwi...
02:00 (LA) Dostaję swoje uczciwie zarobione 50 dol. i do domu. W końcu.
Wyjazd z Władem odkłada się na tydzień - jutro znowu wychodzę do pracy. "Nasza służba i niebezpieczna i trudna"... Sił brak. Oczy się kleją...
6 czerwca
10:30 (LA) Budzę się od strasznego bólu w nogach. Potem rozumiem, że ból zmienia się w brak jakichkolwiek odczuć: - Aaaa! Nie mam nóg!!!!!
Z zimnym potem wyskakuję na łóżko, odkrywam swoje dolne kończyny pod prześcieradłem i niezadowoloną obudzoną Tanię obok. Uff, wszystko i wszyscy na swoich miejscach... Śpijcie, drogie... Jeszcze odrobinę.
08:50 (?)(LA) W rękach bateria od rodzimego Sony Ericsona. W nogach przeszkadza klapka z Hello Kitty. "Co te obce przedmioty robią ze mną w łóżku?" - pyta przebudzona dopiero co świadomość... I sama sobie donosi: "Przecież budzik nastawiłaś na niego, głupia!"... Aaaa!! zaspałam! Która godzina?! Do pracy! Pilnie! Spóźniam się!!!
Zaplątuję się w prześcieradło i walę się na podłogę - swoją drogą, lepsze niż jakikolwiek budzik i dobry prysznic! Uderzenie o podłogę pobudza jak nic innego!!!
Hura... Czasu jeszcze mało. Nie zaspałam:) A to rzadkość...
09:30 (LA)? Herbata, kanapka i laptop na stole - odpowiadam na listy, przeczytane, ale zignorowane w nocy po pracy. No prawda, sił nie było...
11:30 (LA) Zdążyłam... Ech, czekałam na autobus 45 minut, już chciałam zamawiać taksówkę. Zadzwoniłam skonsultować się - usłyszałam cenę, przestraszyłam się, zmieniłam zdanie.
Jak tylko łzy pojawiły się na mojej twarzy, autobus... przyjechał!!! Tak jeszcze i ze zepsutym "automatycznym odbiorcą opłat za przejazd"!!! Przejechałam bez-płat-nie:) Prawdziwy prezent od losu:)
Dalej szłam pieszo. Okazało się, że druga część drogi jest jeszcze większa niż pierwsza plus druga. Sama zdębiałam:)
Przywlokłam się, oczywiście, zmęczona z góry:( A przede mną dwa wielkie bankiety... Przeżyję!
16:00 (LA) Domywam kieliszki po surprise-party, które córka urządzała dla mamy. Tutaj to powszechne: W tajemnicy przed solenizantem zbierają się w restauracji wszyscy-wszyscy krewni+przyjaciele+tak, kto jeszcze pod rękę wpadł. I pod jakimkolwiek mniej lub bardziej znaczącym pretekstem przyprowadzają solenizanta w miejsce święta. Tak miło, tyle emocji!!! My nawet wybiegłyśmy z kuchni popatrzeć na tę staruszkę-solenizantkę! Jak ona zdębiała!!! To po prostu nie do opisania...
Ale to ja odbiegłam od tematu. Domywam ja, znaczy, kieliszki. Stoję w niegdyś śnieżnobiałym fartuchu przed trzema bezdennymi zlewozmywakami. Po lewej ogromny stół na brudne naczynia (ale zazwyczaj i jego nie wystarcza i naczynia stoją WSZĘDZIE), po prawej "płuczka" i "suszarka" z ręcznikami. Kuchnia niewielka, ale tam mieści się WSZYSTKO: lodówki (dwie zwykłe i jedna jak oddzielny pokój), stoły do krojenia, frytkownica, trzy kuchenki mikrofalowe wielkości pięciu naszych, piec do szaszłyków, stoły do porcjowania, patelnie i garnki jak z kraju olbrzymów... Byłam przerażona...
Tak więc, domywam ja drobną cząstkę składającą się na to przytulisko jedzenia - kieliszki. I, wycierając mydlanym łokciem czoło od kropel wystąpionego potu i ciężko wzdychając, wyobrażam sobie nagranie: Oto pokazują mnie z bliska - zmęczona twarz i robocze, całe w zadrapaniach i odciskach ręce, dawno zapomniawszy o manicure; zgaszone spojrzenie... I potem... Gwałtowne przejście na całą kuchnię, potem na całą restaurację, ulicę, dzielnicę, miasto... I głos zza kadru: "A wy myślicie, że Miasto Aniołów - to tylko imprezy, premiery i patos? Mylicie się!"
Aha-ha!!!! Tak się śmiałam z tych fantazji, że Gula wyłączyła wodę, wzięła mnie za rękę i pociągnęła ze sobą palić na świeże powietrze. "Dziecinko, przecież jesteś zmęczona. Może czas do domu?". Ech, ona po prostu nie widziała, co sobie wyobraziłam:)
23:00 (LA) Odpracowałyśmy. Pozostaje tylko nakryć na jutrzejszy dzień stoły, przetrzeć łyżki i widelce z nożami, rozstawić kieliszki i przetrzeć podłogi... Jutro nowy dzień. I znowu pracujący;)
7 czerwca
?10:00 (LA) Ledwo zsunęłam się z łóżka... Nie, najpierw ledwo otworzyłam oczka... Potem ledwo zwalczyłam myśl, żeby zadzwonić do Guli i powiedzieć, że "zatrułam się-złamałam nogę-umarłam". A potem już mimo wszystko zsunęłam się.
Dzisiaj nie jem... Wszystkie dania wczorajszego bankietu zostały przeze mnie spróbowane i ocenione:) No jak można odmówić RAKÓW i KREWETEK pod obłędnym sosem i ananasa? Dlatego today woda - mój jedyny i wierny przyjaciel.
?12:00 (LA) Mimo wszystko nie spóźniłam się!!! Jeden autobus czekałam 40 minut, drugi 30. Plus droga.
Poniedziałek - dzień ciężki. Za to bez bankietów... Hura... Ale wszystko okazało się nie tak radosne.
Dzisiaj myłam nie tylko naczynia, dzisiaj myłam wszystko... Zaczynając od komory mroźniczej (jak ja tam darmowymi lodami na sprzedaż nie zostałam - dla mnie zagadka), kończąc na półeczkach w lodówkach i pod stołami z "stojącymi na nich" buteleczkami i słoiczkami, i kończąc na podłodze i odpływach-ściekach. Także dzisiaj cięłam palce, obierając marchewkę i malowałam je, trąc buraki. Jeszcze ryczałam, obejmując wiadro niedoczyszczonej cebuli... W ogólności, dzień minął owocnie. Wiele pożytecznego zrobiono.
18:30 (LA) Dzień pracy zakończony. Tak ciężko od nich odchodzić. Będę potrzebna - zadzwonią koniecznie. Wszyscy chwalą. Gula nawet pocałowała, pochwaliła i życzyła szczęścia. Pożegnałyśmy się i z Kristiną, kelnerką. Wsunęła mi w rękę $25 ze słowami wdzięczności, to one wczoraj napiwki podzieliły... Tak miło... Ja w ogóle nie powinnam była do nich pretendować. Ale ci ludzie... Daj Boże im wszystkim powodzenia...
8 czerwca
?13:00 (LA) Wyspałyśmy się niby... pojechałyśmy do agencji.
20:00 (LA) No kto wiedział, że w LA są dwie ulice Victory?! Głupio straciłyśmy 7 godzin czasu i po pięć dolarów za przejazd. Za to ja kryminał doczytałam:) Morderca - ogrodnik!!!!:)
?9 czerwca
10:00 (LA) Dzień dobry, Rosjo! Nie, w Rosji teraz 23 godzina, wtedy "Słodkich snów, Ojczyzno"
Czas nam się zatrudnić. Jedziemy do agencji – teraz absolutnie na inną Victory, ale absolutnie do tych samych ludzi.
14:30 (LA) Dotarłyśmy, w końcu: droga zajmuje około godziny, dobrze chociaż, że nas jeszcze na przystanku spotkał Ormianin z agencji, który dowiózł pod adres – a tak to byśmy docierały znacznie dłużej.
15:00 (LA) Z wesołością i zapałem wypełniłyśmy aplikacje i zaczęłyśmy czekać. Z nami czekała też dziewczyna Nastia z Krasnodaru – poznałyśmy się, rozgadałyśmy: sytuacja analogiczna. Ech, iluż nas takich błąka się po LA... Dziewczyna okazała się wspaniałą rozmówczynią i czas minął niezauważenie, jeśli nie brać pod uwagę ciągle zaglądających do nas Ormian w różnym wieku i wyglądzie... Oni uważnie oglądali każdą – i dopiero potem z uśmiechem witali się. "Czymś to przypomina casting do baru ze striptizem" - zdecydowałyśmy zgodnie.
16:00 (LA) Dzięki Bogu, pomyliłyśmy się. Przyszła wspaniała Camila, uspokoiła nas i zapewniła, że wszystko będzie do-brze. Po prostu musimy poczekać w domu na ich telefon i praca koniecznie się znajdzie.
17:00 (LA) Do domu wracałyśmy z pewnością, że przystępujemy do Domu Starców już jutro.
17:30 (LA) "Taniusz, ja jakoś do domu nie chcę. Każdego wieczoru tylko tęsknimy tam zamknięte..." - wyraziłam swój zaczynający się psuć nastrój. I zadzwoniłam do Włada:)
- Dziewczyny, to po co czekać na dni wolne?! Ja z pracą skończę i po was podjadę – pojedziemy pić kawę!
A nam tylko tego trzeba. W oczekiwaniu:)
Zadzwoniła Gula – w niedzielę znowu wychodzę do restauracji:) Tam mój fartuch beze mnie tęskni...
20:00 (LA) Wład podjechał! Hura!!! Jedziemy odpoczywać.
Na Sunset najpierw częstujemy się kawą, przepyszną mmm.... Sami dodajemy sobie cukier-mleko-puder czekoladowy-miód-cynamon itd. Poeksperymentować można:)
21:30 (LA) Z parzącym nie tylko język, ale i ciało, napojem skończone. Idziemy spacerować i patrzeć na ludzi! Widzimy butik magazynu Hustler (typu Playboy) i ja nie wytrzymuję – nowa spódnica, bardziej przypominająca (jak powiedziałby tata) przepaskę biodrową, u mnie w rękach... No mogę przecież siebie rozpieszczać... Choć czasamiJ
Przy kasie miła kobieta i słoik z zapałkami (z symboliką magazynu). Wład mówi, że to za darmo. Ja i wzięłam, jak teraz pamiętam – 2 pudełka. Kiedy zaś sięgnął on, dziewczyna go zatrzymała, uściślając cenę pudełka. W ogólności, one były na sprzedaż.
Mi, oczywiście, zrobiło się wstyd, ale nawet przy odezwanym nagle sumieniu uświadomiłam sobie, że wyciągnąć zapałki z torby będzie głupio i niebezpiecznie... Tak i wyszłam z nimi. Wyciągnąwszy jedną na ulicy, podarowałam ją Władowi za usługi tłumacza:
- Daleko zajdziesz, Swieta! Tylko bądź ostrożniejsza!
23:00 (LA) Oto tak, zdeptawszy wzdłuż i wszerz Sunset, pojechałyśmy do domu. I mimo wszystko jakie magiczne noce w tym mieście... To nie do opisania żadnymi nagraniami czy fotografiami... To można tylko poczuć i zobaczyć... Setki świateł, reklam, ludzi, butików, restauracji i klubów. Wszystko żyje, oddycha i porusza się. Wszystko jest zajebiście fajnie. Dziękuję ci, Władzie, za nasz wieczór. Mamy nadzieję, że nie okaże się ostatnim:)
10 czerwca
?14:00 (LA) Dopiero obudziłyśmy się. Od razu... opalać! Schemat ten sam: kryminał, budzik i nakrycie głowy:)
16:00 (LA) Przyszli czyściciele basenu. I jakoś podejrzanie miło zaczęli mnie oglądać. Przeprosiłam i delikatnie zwiałam.
Kiedy wyszłam drugi raz, słońce uciekło gdzieś daleko...
20:30 (LA) Posiedziałyśmy z Władem, po raz pierwszy spróbowałyśmy lokalnego napoju alkoholowego: "Smirnoff Ice" - zauważcie, nazwisko to rosyjskie. Smaczniutko... mmm...
11 czerwca
?13:00 (LA) W tym miejscu można postawić kreskę - wszystko po staremu - (patrz poprzedni dzień)
18:00 (LA) Wład podjechał - dzisiejszy program: sklep techniczny i sklep odzieżowy... Duże - duże takie:)
Pierwszy urządzony w stylu "Alicja w Krainie Czarów". Bajka, a nie miejsce... Obłędne figury i kupa maaałych netbooków. Jeden z nich (z motylkami na klapie) zapadł głęboko w duszę... Ech...
Drugi po prostu doprowadził do szaleństwa... Chciało się wszystko i od razu. Prawie wytrzymałyśmy ("Tanieczko, no potem...", "Swieta, odejdź od witryny! POTEM!"). Z zakupów tylko okulary i czapeczka.
21:30 (LA) Pijemy kawę w Starbucks - zamówiłam jakąś słodko-kwaśną gorącą pierdołę z karmelem, czekoladą i jabłkiem. Pierwsze 5 łyków były przepyszne i prawie wprowadziły w ekstazę, ale potem... Fu, to zbyt "słodkie życie"!
22:17 (LA) Jesteśmy w domu. Jutrzejszy dzień zapowiada się intensywnie - ja jadę pracować do Guli, a Tania i Wład - cieszyć się oceanicznymi falami. :)
Do jutra!;)
12 czerwca - 13 czerwca
?10:00 (LA) Tak, czas do pracy... Wład zabiera nas - Tanię na ocean, a mnie.. do "Talismana") 12:00 (LA) - 23:30 (LA) Uff, i napracowałam się. Co tylko nie wydarzyło się w ten nowy sobotni dzień pracy:
- Poczułam się syreną - łuska od czyszczonej przeze mnie ryby została na całym ciele i uparcie nie chciała się zmyć!
- Pocięłam palec - nałożyli opatrunek... Pożałowali... A po trzech minutach znowu wysłali myć naczynia;)
- Na "przerwie na papierosa" zauważyłam wspaniałą parę z psem - chłopiec i... chłopiec. Ech, Tobolsk za wami płakał, chłopaki - u nas by tak nie przeszli. Chociaż to fajnie - czuć się wolnymi, nie patrząc na nic!
- Obżarłam się przepysznymi na świecie krewetkami pod firmowym sosem właścicielki restauracji:)
- Pierwszy raz w życiu wróżono mi z fusów kawowych: jest w moim życiu mężczyzna (no jak mężczyzna - chłopiec), który był mi bardzo drogi przez długi czas, a potem spotkania stały się rzadsze, przynosiły przyjemność, ale kończyły się łzami. Jeszcze mam "za plecami papier, prawo" (tak myślę, wiza), który chcę naruszyć (zostać w USA), ale czego robić mi fusy kawowe skrajnie nie radzą - będą problemy, wydawanie pieniędzy i w ogóle nic dobrego. Ale jest jeszcze i druga droga, z powrotem. I tylko wtedy spotkam tutaj człowieka "w czapce, urzędnika państwowego", który i stanie się "moim przeznaczeniem". Mda... Nieprędko ty, chłopaku, się pojawisz.
01:00 (LA) Próbowałam zobaczyć sen. Zapomniałam, jak nazywa się siostrzeniec sąsiadki i spać po prostu nie mogłam. O proszę! Po raz pierwszy spać przeszkadzają mi myśli o mężczyźnie, który jest trochę starszy od mojego Stiepki!!! A jeszcze jakieś szalone bicie serca, takim szybkim ono nie było nigdy...
02:32 (LA) Wstałam. Włączyłam komputer. PRZYPOMNIAŁAM SOBIE - KIRIUSZA! Jest jeszcze szczęście na świecie! Daj Boże ci długiego życia, dziecko!
Wstać to wstałam, a położyć się nie mogę - piszę notatkę...
05:09 (LA) Wciągnęła mnie Rosja-matuszka, ile nowego tam, i rodzimego nie mniej... A wstawać to wcześnie...
?06:05 (LA) No co to jest? Położyłam się. Oczy zamknęłam, w prześcieradło otuliłam, poduszkę objęłam - wszystko jak zawsze. Za oknem świt i śpiewają ptaki... Swoją drogą, magicznie śpiewają... Nigdy tak jasno i wyraźnie nie słyszałam podobnych treli i świergotu...
Gdzieś w mieszkaniu tyka zegar. Lodówka włączyła się - wprost jak w Rosji przestraszyłam się. Na górze przeszedł się ktoś... Wszystko słychać.
Ale słychać najbardziej bicie w piersi... Kto by rozebrał, dlaczego tak bije serce... Przestraszyłam się i zadzwoniłam do rodziców. W domu wszystko spokojnie. Dzięki Bogu. Usłyszałam głos najmłodszego i jego "Liaka" zamiast Swieta i nie wytrzymałam - zapłakałam... Ja tak tęsknię... Ja tak kocham...
08:45 (LA) Z minuty na minutę przyjedzie Wład. A ja już ni-gdzie nie chcę, ni-na-ja-ką-pra-cę-ni-w-ja-kiej-res-tau-ra-cji... Brrr... Nawet na zajęcia po bezsennych nocach chodziłam z większą przyjemnością.
Zwalczam w sobie ostatnie krople wątpliwości pod nazwą "Zadzwoń do Guli i powiedz, że zachorowałaś"... Zapałki w oczy... Wiadomość od brata w statusie: no dobra... nie cykaj, przebijemy się))) przecież jesteś TERENIA twoją dywizję)))) dawaj nogi w ręce i pracować))] Przede mną - nowy dzień! (no, albo kontynuacja starego...)
14 czerwca
?19:00 (LA) Wszystkie luki w moim życiu związane są z pra-cą. Zmęczona. Wiadrami czyściłam cebulę i kroiłam marchewkę. Myłam podłogi i przekładałam stare naczynia na półkach...
Za to drugą noc spałam jak zabita...
Dzisiaj w końcu otrzymałyśmy Social Security Card ) Radości nie ma końca;)
15 czerwca
?16:00 (LA) Obudziłam się) Oto tak, i tak bywa... Sama nie oczekiwałam - nawet od siebie)
20:30 (LA) Pojechałyśmy z Władem... do "Yogurt Land"... mmmm... Aliona pokazała nam to miejsce dawno i my po prostu sny widzimy od tamtej pory, jak cieszymy się wspaniałym smakiem ogromnej ilości lodów. Ich urok polega na tym, że są... niekaloryczne! To zwykły mrożony jogurt. Różnorodność smaków przeraża. Najpierw nabierasz do kubka wszystkiego, co chcesz (wyciska się jak w McDonaldzie, tylko tutaj samoobsługa - zatrzymać się nierealnie!), a potem z góry zasypujesz karmelem, czekoladą, ciasteczkami, marmoladą, owocami, jagodami i czym jeszcze zapragniesz... Oto piszę i ślinkę przełykam... Jeszcze chcę)
?04:27 (LA) Opanowałam Skype) I jestem szczęśliwa) Pierwszy telefon przyniósł tyle pozytywnych emocji - zobaczyłam sąsiadeczkę w naszym pokoju, ukochanego Francuza i... mamę))) Tak, ona weszła do akademika podczas rozmowy!!! Oto niespodzianka! Prawie rozpłakałam się ze szczęścia)





