(Dedykowane wszystkim McDonald's, które minęliśmy, ale do których nie weszliśmy.)
Jesteśmy jednak słabymi kierowcami ciężarówek. Z Myrtle Beach dojechaliśmy tylko do Cocoa Beach – nie dotarliśmy do Miami, jak planowaliśmy. Ale południem – w sensie latem – już wszędzie pachnie. („Południe” w sensie amerykańskiego obszaru kulturowo-geograficznego w zasadzie minęliśmy, przenosząc się na Florydę z Georgii. Choć George W. Bush wygrał wybory na drugą kadencję dzięki hrabstwu Miami-Dade, a także dzięki temu, że jego brat Jeb był w 2004 roku gubernatorem Florydy, to jednak nie ma tu takiej liczby kościołów i „rednecków”, o których już wspominałam. A w ogóle, początkowo Floryda należała do Hiszpanii, a potem do Meksyku, a nie do Wielkiej Brytanii.)
Krótko mówiąc: ulewny deszcz, który zmusił nas do zwolnienia do 45 mil na godzinę zamiast 70, jaki zdarza się tylko na południu; rośliny napęczniałe od wilgoci; bagienka – na pewno z komarami, a może i z krokodylami. Wszystko tak, jak powinno być.
Ale mimo wszystko zatrzymaliśmy się w hotelu na noc. Rano obiecują nawet darmowe śniadanie!
Jeszcze Irina i Lena aktywnie próbowały namówić mnie, żebym napisała coś szokującego na blogu, więc muszę się przyznać: chyba mam nieważne prawo jazdy. Miejmy nadzieję, że nie zatrzymają nas znowu za przejechanie znaku „stop”.
Jeszcze: Marina wczoraj trochę wypiła i prosiła – bardzo żałośnie i długo – żeby zajechać do McDonald's, ale zgubiliśmy się i pojechaliśmy do zupełnie innego miasta z Myrtle, i błądziliśmy tam do 3 nad ranem – przy czym nawet nie po pijaku. Co jeszcze? Bardzo chce mi się zażartować w stylu magazynu Stars, który czytamy w wolnym czasie (coś o tym, że wszyscy jesteśmy tak naprawdę nieślubnymi dziećmi Brada Pitta), ale jakoś wychodzi bardzo głupio. W ogóle zrozumieliście; jesteśmy normalnymi, fajnymi ludźmi. I tyle.
