Mieszkanie, samochód, dworzec, pociąg podmiejski, obce miasto, noc... metro, ulica, budynek konsulatu, śnieg... ulica, muzeum... ulica, konsulat... WIZA!!!:))) Zaledwie piętnastoma słowami mogę opisać ten szalony dzień! Jeden dzień... 24 godziny... 1440 minut... lub 86400 sekund w oczekiwaniu na tę jedną upragnioną frazę: „Have a good summer!”.
Było bardzo zimno i wietrznie... Staliśmy przy wejściu do Konsulatu... godzina 9:30... ustawiamy się w dwie kolejki... łącznie około 60 osób... ja jestem 24.! Jak cudownie! Wszystko wkrótce się wydarzy! - pomyślałam... ale... do upragnionej frazy zostało właściwie 5 godzin! Znowu ulica, śnieg, ulica... w głowie pojawia się obraz kierowniczki grupy i jej słowa: „W konsulacie zdecydowali, że spotkacie się z konsulem o 14:00... Nic nie mogę zrobić...”. Jakie to głupie! Po co staliśmy tu od 9:30 rano??? I tak zimno!!!:(((
A przy sobie mam tylko indeks, legitymację studencką i 500 rubli! Co można zrobić z takim „bogatym” bagażem w ciągu 5 godzin?! Dobra! Będę musiała poznać centrum Jekaterynburga! Ludzie... samochody... Dokąd wszyscy tak się spieszą? Czyżby jutro był koniec świata??? W końcu dotarłam do dużego centrum handlowego „Greenwich”... JEDZENIE!:))) Och! Jak cudownie jest żyć, kiedy poczułam, jak mój żołądek wypełnia się gorącymi smakołykami! Tak bardzo chce mi się spać... Hej! Stop! Konsulat! Wiza! USA! Ruszamy się i... znowu ulica... sklepy, kościół... ludzie... W jednym ze sklepów widzę sweter moich marzeń... ale niestety... mój bagaż, składający się z trzech rzeczy, musi pozostać w stanie nienaruszonym, bo ochroniarze konsulatu nie docenią dodatkowej pracy z naszymi rzeczami... a trzeci sweter na moim ciele to już przesada! Dobra... wrócę po ciebie później, kochanie! Nigdzie nie odchodź! Znowu ulica... do rozmowy jeszcze około godziny... zaspany, ale najedzony wzrok zatrzymuje się na budynku muzeum, a potem na ogromnym plakacie „Japońskie święta”! Hm... Czemu nie! Wchodzę... Kimono, lalki, wachlarze, kolorowe zdjęcia... Po prostu cudownie! No już! Czas na wizę!
Ulica, droga, konsulat, znowu kolejka... znowu strasznie zimno! Po godzinie czekania wchodzę... drzwi, ochroniarze, pierwszy wykrywacz metali, schody, znowu ochroniarz (bardzo nieprzyjazny), drugi wykrywacz metali, toaleta, poczekalnia... cisza... oddaję odciski palców... z trzeciego okienka dobiegają fragmenty angielskich fraz... wychodzi dziewczyna – uśmiecha się! Potem błyska jeszcze kilka uśmiechów... cisza... przez salę przebiega fala emocji... ktoś szepcze: „Ona nawet nie jest na piątym roku!”, „Ale ona milczała”, „A on nie zapytał, co miała powiedzieć”... od konsula wybiega dziewczyna... pierwsze łzy! Wchodzi kolejna „ofiara”... wychodzi... uśmiecha się! Wszyscy odetchnęli... rozluźnili się... Ogłaszają moje nazwisko...
Ja! Naprawdę?!... słyszę czyjś głos: „Naprzód! Wszystko będzie Ok!” Maszeruję do kabiny... widzę GO! Uśmiecham się wszystkimi 32 zębami! „Hello! How are you?!”... jego słowa docierają do mojego zmęczonego mózgu... Hm... Co mam mu odpowiedzieć?! Co?! Powiedzieć prawdę, że przez pięć godzin błąkałam się po obcym mieście, marznąc jak pies... i nie mogłam kupić swetra moich marzeń, bo do niego trzeba iść na lekko? Uśmiecham się... I słyszę swój głos: „I’m nice! How your mood?” Ooo! I TO powiedziałam JA???
On: Śmieje się (doprecyzowuję, że o jego nastrój zapytałam pierwsza! Wszyscy inni uczestnicy programu odpowiadali standardowe „How are you?” A na to pytanie on miał standardową odpowiedź „Ok!”)... trochę się zmieszał... coś powie... Ale co??? Aaa... chyba zaczynam rozumieć! Hura! Mówi, że jest bardzo dużo ludzi, że jest zmęczony... zły i nie da mi wizy! I droczy się ze mną! Eee... Jak to nie da!!! Co ja tu robię!!!
Ja: Prawie płaczę...
On: Śmieje się... i mówi, że to tylko żart...
Ja: Ufff... Zaczynam oddychać!:)
On: No, posypały się pierwsze pytania! „Kiedy skończysz uniwersytet?”
Ja: A! Jeszcze długo muszę się uczyć! W 2012 roku! (no... to oczywiście po angielsku)
On: Jaka jest twoja specjalność?
Ja: Ekonomista-menedżer (Drugie słowo jakoś wychodzi koślawo... poprawiam się!)
On: Dokąd chcecie jechać w USA?
Ja: Do Minnesoty! (Mam tam zaproszenie do pracy)
On: OOO! Dlaczego tam??? Dlaczego on jest tak zdziwiony? O mój Boże! Dokąd ja jadę?!!!
Ja: Nie zapominam o słodkim uśmiechu... i odpowiadam: „Myślę, że tam jest cudownie – piękna przyroda: góry, jeziora, lasy... Bardzo chcę tam pojechać!”
On: „Kim będziesz tam pracować?”
Ja: Zapomniałam angielskiego słowa na „malarz”! Cholera! Co mu powiedzieć??? Wykręcam się: „I will removing old paint... masking off...” (Tak było napisane w zaproszeniu do pracy)
On: Uśmiecha się!
Ja: Udało się!!!
On: „Czy robiłaś to kiedyś wcześniej?”
Ja: „Tak, pomagałam rodzicom przy remoncie mieszkania!” uśmiecham się... Teraz na pewno zapyta o rodziców! Wszystkich pytał!
On: „Czy czytałaś zasady bezpieczeństwa i o handlu ludźmi?”
Ja: Eee... a gdzie pytanie o rodziców???! To niesprawiedliwe! Z zaskoczenia mylę czasy Pr. Simple i Past Simple... „Czytam” poprawiam na „Przeczytałam”...
On: Mówi coś o zasadach bezpieczeństwa... o działaniach w razie pożaru... maskach ochronnych... bardzo słabo go rozumiem! Kiwam głową! Na wszystkie pytania odpowiedzią jest „Ok” i uśmiech!
On: Mówi, że te zasady są bardzo ważne! I... Tram-pam-pam!!! Upragniona fraza: „Have a good summer!”
Ja: Uśmiech jak u upośledzonego! Chyba z pięć razy powtarzam „Thank you!”... Myślę, że gdyby nie było szklanej przegrody, to ze szczęścia bym go pocałowała!!! Dzięki Bogu, że przegroda jednak była!:)
Wybiegam z kabiny... chwytam kurtkę... do wszystkich się uśmiecham i mówię „Dziękuję! Do widzenia!”... ulica! Już taka bliska i znajoma!:)
Wszystko za mną! Życie jest piękne!!!:)
Metro... dworzec... pociąg... dom... komputer... i oto już dowiedzieliście się o mojej małej przygodzie!:)))
Ps: Sweter moich marzeń... pozostał marzeniem! No i trudno! Za to mam WIZĘ!!!:)))