Mój przyjaciel Sierioża i mój tata pytają mnie – dlaczego nie próbuję zrealizować się finansowo w sferze przygotowań budowlanych przed 2010 rokiem? Na mistrzostwa świata. Dlaczego nie zatrudnię się na budowie i nie buduję? Mówią, że to z pewnością przyniosłoby dobre pieniądze... Rzeczywiście, za miastem widziałem coś na kształt budowanego stadionu. W mieście – w Green Point – jest prawdziwy, duży stadion. A kiedy z Katią wspinaliśmy się na górę Lion’s Head, nagle zauważyłem i byłem niesamowicie zdziwiony – jak to możliwe, że nie widziałem tego wcześniej – również w Green Point, tuż obok wspomnianego drugiego stadionu, buduje się trzeci (a dokładniej, tam najwyraźniej całkowicie rekonstruują stary). Myślę, że tacie byłoby ciekawie zobaczyć te zdjęcia. I Sierioży. I w ogóle – ludziom. A mi byłoby ciekawie w 2010 roku spojrzeć w telewizji na te stadiony i przypomnieć sobie, że prawie codziennie przejeżdżałem obok nich, bo drogi z Sea Point, gdzie mieszkam, do centrum czy na Waterfront prowadzą właśnie przez Green Point, obok tych stadionów. W skrócie, miasto się buduje, a nawet bardziej – na razie jest rozbierane. W ciągu ostatniego miesiąca na moich oczach zniknęło kilka niepozornych domów w centrum. Widocznie w ich miejscu do nieba wzbiją się wieżowce i centra biznesowe. Więc dlaczego się tam nie pcham? Żeby odpowiedzieć na to pytanie rozsądnie, trzeba tu trochę pomieszkać. Temat jest taki: tutaj (w RPA, a konkretnie w Kapsztadzie) wiele obszarów działalności dzieli się na pracę dla czarnych, kolorowych i białych. Jasne, że istnieje mnóstwo obszarów, gdzie kontyngent jest mieszany. Ale na budowie, albo, powiedzmy, jako myjnia samochodowa, zmywak w restauracji, portier w hotelach, sprzątaczka i inne tego typu prace „ni to, ni tamto” – to wszystko jest praca dla czarnych i płacą za nią grosze. Ale zwróćcie uwagę: u nas przecież też budowy nie prowadzą Rosjanie, tylko Tadżycy, Mołdawianie i tak dalej! Ponieważ biali żądają więcej za swoją pracę i umiejętności. Whites (biali, nawet miejscowi) – pod wieloma względami zaczynają i realizują się jako kelnerzy. W centrach biznesowych i tym podobnych miejscach – to też częściej praca dla białych i płaca jest wyższa. Choć zależy od miejsca. Ogólnie rzecz biorąc, pensje tutaj nie są rewelacyjne – kiepskie, jak w Czelabińsku. A znalezienie dobrze płatnej pracy – trzeba się nagimnastykować. W ogóle, wiele rzeczy tutaj jest jak u nas, nie wiem dlaczego. Dziwne, że wśród wszystkich jedenastu oficjalnych języków RPA (za co zresztą są wpisani do Księgi Rekordów Guinnessa) nie ma rosyjskiego. Zaprzyjaźnilibyśmy się z nimi! Poza tym Kapsztad to miasto-święto, a Rosjanie uwielbiają święta. I ogólna niefrasobliwość, znowu, cholernie przypomina nasze własne, swojskie klimaty. A jeszcze chciałem zaznaczyć, że nie mam w domu lustra. Naprawdę. Golę się na wyczucie! Jak wyglądam – dowiaduję się ze zdjęć. I przypominam sobie, jakim byłem. Czyli – brzydkim, kiedy przed wyjazdem krótko się ostrzygłem i ogoliłem. I przystojnym przed tym. P.S. Na koniec rada dla miłośników dobrego majonezu. Prowansalski czy oliwny – to już kwestia gustu: jeśli bardzo kochacie majonez, to w Afryce nie macie czego szukać. Mimo że ogólnie jedzenie tutaj jest tak samo smaczne jak w naszej ojczyźnie i znacznie różni się od obrzydliwego angielskiego, majonez tutaj jest jednak „nie-majonezowy”. Słodki albo jakiś słodkawy. No, co to za majonez, rozumiesz?! Ale chleb! To szaleństwo! Po prostu jestem zachwycony – szaleję na punkcie tutejszego chleba! Jak oni robią go takiiiim smacznym? Jak będę mógł żyć bez tego chleba później? Ludzie! Proszę, niech ktoś w Czelabińsku uruchomi produkcję takiego samego chleba jak tutaj, błagam!!! Będę się za was modlił do końca życia (choć nigdy wcześniej się nie modliłem). 12 października 2008

